Powinnam spłonąć na stosie jak przystało na czarownice. Jęki pogubionych kotów powinny mi towarzyszyć. Strach powinien przeobrazić się w śmiech szyderczy, bezimienny. A oczy powinny do samego końca pozostać żywe. To wszystko nie w formie kary, lecz nagrody za życie. Błogie, nieubogie, płynne. Niczym przecier pomidorowy. W czarodziejskim świecie trzy magiczne słowa nie działają, dużo rzeczy nie działa tak jak działać powinno. I muchy brzęczą jak komary, a krowy muczą jak niezdary. I wszystko tutaj takie piękne, przejaskrawione i bezimienne. I płynie i płynie, pomidorowa rzeka odmętów. Zmęczenie dopada czarownicę, która już dziś gotowa była spłonąć oddając potomnym swe cudowne życie.
Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.
piątek, 23 grudnia 2011
wtorek, 20 grudnia 2011
Mdłości niewinności
Helikopter włóczy się po całym pokoju. Omija szafki, sufity, widok z okna przemieszcza wedle własnych upodobań. Nie ma czasu przycupnąć na chwilę na wypolerowanym blacie. Nie chce złapać oddechu, woli tak skakać pod sufitem wywijając co rusz to nowe piruety. Po co ten pośpiech? Pyta Świadomość. Lecz Helikopter nie ma czasu skonstruować racjonalnej odpowiedzi, więc leci dalej, tym razem za cel obrał kuchnię. Potrącił kota na schodach. Grzmotnął klawiaturę w salonie. Przekartkował starą gazetę. Na czytanie czasu mu było szkoda. A teraz taki zasapany, zasnął w codziennym ubraniu... I cały dzień mu minął na bezsensownym lataniu, pomiędzy kilkoma codziennymi punktami odniesienia. Ani jednego nowego przemyślenia, ani jednego głębokiego oddechu... Tylko w tę i z powrotem, tylko tam, gdzie kręci się ziemia. To smutne, rzekła Świadomość, że tak stary jegomość, nie szanuje, naderwanych już nieco, śmigieł, ale cóż... taka już jego wola istnienia.
sobota, 19 listopada 2011
2338849103-4593
Zaczyna czytać, nie kończy. Zaczyna spać, lecz usnąć nie może. Zaczyna tańczyć, lecz nie dogania rytmu. Co chwilę dopada ją poczucie marnotrawienia czasu i dokarmiania wszelkich schorzeń. Nie w takim miejscu widziała siebie, w nie takich sytuacjach. Nie w kuchni, nie na salonach. Nie z torebką, lecz workiem. Utopiła wszystkie dzieci. Wszystko co mogła zakropiła świętą mazią. Uczciła tylko jeden dzień, rocznicowe święto przypadkowego umierania. Nie ogarnęła wrzącej wody, sparzyła się jak zwykle. Nie prała, nie umiała. Rewie niczym córa szatana odprawiała, nogami kręciła na wzór i podobieństwo szalonych koni. A przy tym była taka mała. Pusta niczym wydmuszka. Całe szczęście Kirsten nie wdała się w babkę, ani matkę, ani tym bardziej ojca swego, nieprzytomnego. Wiarą otoczyła świat, przechodziła z klatki w klatkę w spódnicy w kratkę.
Literackie egzekucje cz. I
czwartek, 17 listopada 2011
Niektórzy grają w scrabble, inni w gry mniej trzeźwe, w których stawką jest wypicie jak największej ilości kielonków. Wszyscy uczestniczą w grach stadnych. Patrzą sobie w oczy, śmiejąc się do siebie bez powodu. To nie to samo co układanie puzzli z kilku tysięcy elementów. Im mniej skupienia w takich grach, tym więcej szczerzących się zębów. Charakterystyka postaci stadnych powinna składać się więc z ujemnych logarytmów procesów myślowych w połączeniu z rosnącą wykresu śmiechu. Śmiechu w postaci naderwanych strzępów odgłosów nie do końca zrozumiałych.
poniedziałek, 14 listopada 2011
płody niczym kłody
Dyskusje filozoficzne przed północą powinny zostać zakazane. Podobnie jak rozsiewanie złych melodii, marnych składanek dźwięków niesolidnie brzmiących. Za płaskowyżem ścian pionowych widnieją opowiadane przed chwilą historie. O relacjach, kontrastach, będących ciężkimi ścieżkami dramaturgii postaci. Czy ktokolwiek widział kiedyś prosto patrzącą ofiarę zamieci? Szklane oczy widzą. Nie tylko to, co zobaczyć mogą, ale też wszystko inne.
Widzi też i słyszy, czuje i rysuje stalowe wyżłobienie pochlapane ciemną mazią atramentu. Tylko dlaczego widzi, słyszy, czuje, a nie jest w stanie oddać tego wszystkiego? Po co ma to wszystko w głowie, skoro to coś nie chce ujrzeć światła dziennego? Gdyby chciało, gdyby tylko tak chciało... Zamieniłoby się w ciało bezdotykowe, istniejące gdzieś w próżni umysłu. Wiłoby się korytarzami ciemnymi, nie zawsze rozgarniętymi, nie zawsze kierującymi odpowiednie pociągi na odpowiednie tory. Czy wtedy owo ciało by istniało? Gdzieś w podświadomości świadomości, chowałoby się jak grzeszne dziecko, mające pstro w głowie. Kolorowe dzieci z różnych krain. W końcu połączyłyby się w jedno wielkie dziecko i przeinaczyły w istotę dojrzałą, dorosłą, dorodną. Ale co trzeba zrobić by spłodzić takie ciało dziecięce?
Męczyć się i jęczeć bezsensu komuś nad głową. Że to, że tamto, że zupa była zbyt pieprzna, a sól dopiero czeka na peronie. Nie ma innego sposobu, by zapoczątkować zderzenie pewnych fal mózgowych, niż spowodować zderzenie synaps lecących z prędkością mniejszą niż prędkość światła, jednak bardziej niebezpieczną. Bodziec. Potrzebny jest bodziec, który poruszy pewne części świata, spowoduje splot różnych wymiotów, przeradzających się w naturalną koleją rzeczy prowadzone historie. Historie, które zmieniają mą siostrę, męża mego, żonę brata ciotecznego, syna i kata. Ale które praktycznie nie zmieniają świata, zapętlają tylko pewne części przenośne w przestrzeni i w czasie. Ważne, by pozostało złudzenie. Pełne, odświętne, złudzenie zmian dokonywanych codziennie.
Przed północą należy przestać myśleć. Nie zaczynać dyskutować. Każda minuta będzie dłużyć się boleśnie. Będzie spędzać sen z powiek. Będzie wić się niebezpiecznie i tworzyć nowe systemy filozoficzne. Systemy nie do końca użyteczne i potrzebne. Systemy wewnętrznie sprzeczne, poniewierające spokojne, śpiące dusze dziecięce, zamknięte w hermetycznych pudełkach z napisem: Produkt dojrzały, gotowy do spożycia, sprawdź datę przydatności do spożycia na spodzie opakowania.
sobota, 22 października 2011
Stosunki polsko-rosyjskie
Debata trwa. A raczej konferencja. Taka pokaźna, zaawansowana technologicznie. Mikrofony łączące z tłumaczami symultanicznymi, zmieniają się jak w teatrze, prawie że lalek. Na uszach czarne kółka, nie tylko od słuchawek. W oczach znużenie. zmęczenie, mało kto wziął zmianę czasu pod uwagę. I to słońce takie wysokie, blendowane przez wielkie chmury. Wszystko takie płaskie i równomiernie oświetlone, a przecież co rusz to napotykamy wielkie monumenty.
Widzieliśmy łzy wojenne stworzone z kryształów, tak jakby były tak cenne. Jakby bez nich estetyka tego obrazu była nie do przyjęcia. Wielkie obrazy wybuchu i rozlewu krwi nie pokolorowały rzeki, a wszystko przecież toczyło się przy jej samiuteńkim brzegu. Ona nadal pozostaje niebieska. I te gołębie i inne ptactwo pospolite, niczym się nie wyróżniające, okrążające pomniki chwały, triumfu, mocy i wielkości...
A tu bez rzeczywistej zmiany czasu, na takiej sali czas zatrzymuje się przy pierwszym rzuconym słowie - zaczynamy. Teoretycznie toczy się panel dyskusyjny nad wyraz kulturalny. Panel sąsiedzki. Panel o wartości co chwilę w każdym głosie docenianej. Trzeba rozmawiać. I mówić sobie wzajemnie jak to dobrze, że mogliśmy się spotkać i wymienić tak wiele cennych uwag dotyczących wzajemnych stosunków. Gościmy się u was, z pewnością was "wygościmy" z podobną zawziętością działania. Z wzajemną przyjemnością, podkreślamy.
A przy okazji zauważymy, że sytuacja się poprawia. Taki Staś z ekonomii waszego ekonomiczeskiego uniwersytetu, przeczytał dzieło współczesnego pisarza polskiego L. Wiśniewskiego. A wy? Co wy przeczytaliście? My zrobiliśmy festiwal, nie jeden, promujący waszą kulturę. Przychodzą ludzie, oglądają. Nie pytają, bo wiedzą. Zapijają. Zjeżdżają się z całej Polski. Upowszechniają, używając trudnego słownictwa.
A tu, bezsilne ręce trzymające pióra, dyskutują. Jeszcze dają radę z tym trzymaniem. Seminarium naukowe. Cieszymy się, że dostaliśmy zaproszenie. Jak wrażenia? No super, oczywiście. A stosunki? No lepiej.
I tak do wieczora. Z uroczystym lunchem, oczywiście.
A chłop polski czyści już kombajny.Sprzedaje swoje złoto. A babuszka rosyjska dalej wyszywa walonki, które długo jeszcze nie wyjdą z mody. Walonki na lat 200 lub 300, na kilka pokoleń, unowocześniona technologia o gumowe nakładki przeciwdeszczowe. Chłop by marzył o takich walonkach, jednak to nie jego tradycja. Babuszka pewnie chętnie by upiekła ciasto z prawie swojskiej mąki. Ale mąka się skończyła. A do szkoły podstawowej przyszedł kot bez nogi. Urwano mu ją w czasie zamieszek, polsko-rosyjskich zabaw dziecięcych. Te przygraniczne dzieci z dualną tożsamością narodową, której określenie wymaga okrucieństwa i pewnych sposobów terrorystycznych, ciągną za drugą nogę kocią, nie wiadomo do której nacji przynależącą.
Dyskusja trwa. Nadal. Kot bez nogi, na całe jego szczęście z bólu nie odczuwa już głodu. Wymarły wszelkie instynkty.
sobota, 1 października 2011
Remont ronda albo mostu
Nieoznakowane ronda okolicznościowe, budowane latami, planowane godzinami, świecą pustkami miasta. Nikt, jak nigdy, nie chce po nich jeździć. Nie ma takiej opcji, żeby ktokolwiek chciał przez nie przejechać. Wszyscy utknęli kilkaset metrów od nich na czerwonym świetle. I tak stoją i patrzą, że tam przed nimi nic się nie dzieje, nawet zbłądzonej duszy nie są w stanie dojrzeć, a chcieliby... byłoby im łatwiej gniewać się na przechodnia niż na złe powietrze. Winny musi być. Może być nawet nawierzchnia. Albo elektryczność i pieprzeni elektrycy nieprzewidujący naporu i gniewu miastowych. A może dziura? Jedna wielka, tarasująca przestrzeń dookolną ronda? Nie, dziur jest zbyt wiele, by ta jedna mogła stać się wyjątkową przyczyną zastoju.
Nic się nie dzieje. I z tej złości już wszyscy zapomnieli, że chcieliby przejechać przez to niczemu winne rondo.
poniedziałek, 19 września 2011
Enklawy doskonałości i zaczątki luksusu
Niesamowitą mocą ludzką jest wyobrażanie i niezdolność do utraty złudzeń. Mocną stroną ludzkości jest dążenie do celu życiowej bajki, której zgnilizna i odór niepochowanych ciał, pomordowanych pod wpływem impulsu, nie będzie przeszkadzać przez najbliższe stulecia. Tworzony ów kartonowy świat ma małe okna. Nie chcemy widzieć cóż takiego można zastać za płotem. Ani widzieć, ani słyszeć. Wolimy schować się za rogiem. Róg jest dobry dla ojczyzny, niczego nie wymaga, do tego wedle staropolskiej tradycji - grozi staropanieństwem. A jak wiedzą wszyscy, jednostka niepodparta rzeszą wiernych, nie jest w stanie powalić silnego konia, jakim w tym przypadku jest mechanizm społeczno-gospodarczy.
Heniek tak ma jak ma większość. Czyli albo wszystko ma, albo nic nie ma. Ale Heńkowi to i tak bez różnicy, bo koń już nie ryczy z głodu, a dzieci już dawno zdążyły się potopić. Teraz Heniek nie musi dążyć. Już może odpoczywać. Śmieci kiedyś same się wyniosą, bo przecież do usranej śmierci tak stać nie będą. Heniek poczeka na mrówki. One są idealne do tej roboty. Mają nisko osadzone nóżki, nie muszą się już schylać, do tego wszystko robią grupowo, czyli na pewno dobrze się przy tym bawią. Heniek teraz popatrzy, jak wjeżdżają autobusy wiozące pieniądze. Fajnie jest tak popatrzeć. Czasem coś, ktoś zgubi i Heniek sobie weźmie. A co. A kto. Nikt nic nie wie. Przyzwolenie społeczne dał mrówkom, to mrówki dają jemu. Nie ma nic za darmo.
Chciałoby się poszaleć, podbijać ziemię energią złudzeń, które jednak gubione są przez nieliczne (ale zawsze) jednostki. Gubione są i chowane po kątach. Dlatego nikt więcej ich nie dojrzy i na zawsze pozostaną w podświadomości tych zagubionych istnień nieśpiących po nocy... A to boli, że ta ziemia, tak potężna i mocna nie może spać spokojnie. Musi uspokajać żyjąco-myślących wybuchami wulkanów, powodziami i huraganami, rozsadzających tych mądrych i mniej mądrych na dziecięcych jeżykach przemyśleń. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy ziści się ów zaplanowana życiowa bajka i pozna książę księżniczkę, i będą tworzyć nowy ród przyszłości.
wtorek, 9 sierpnia 2011
Gdy krowie w rowie...
Zapadła się wieś okrutnie. Pogubiła nawet trutnie. Niedoskonałą ręką zbudowana, niedoskonale rozwijana, hodowała kolejne niedoskonałości cery, tworząc przy tym niedoskonałe charaktery. I taką mieszanką wybuchową raczyła karmić swojską krowę. I to nie byle jaką krowę, okrutnie niedoskonałą dającą mleko nie miodem płynące, a nieco stęchlizną tchnące. Zapadła się wieś okrutnie. Chodniki wyprostowano, choinki ubrano, kościół odmalowano. Ale to wszystko i tak nadaremno. Bo cóż można począć za życie na ulicach, gdzie krew krowia z ludzką płynie? Pasły się szakale na ratuszu, ludziom zaglądając do ciekawskich uszu. Pasły się jak trutnie, stąd wieś zapadła się okrutnie. I nic już nie jest jej w stanie uratować, żadne młode dusze, za żadne katusze... Zapadła się wieś okrutnie.
czwartek, 7 lipca 2011
Rowerowy zgniatacz puszek na skrzyżowaniu
Dlaczego taki pan, stojący na środku skrzyżowania dwóch ruchliwych dróg pozamiejskich, od samego rana porzucił rower na małej zielonej wysepce i na drodze zgniatał nogą puszki po piwie? Nie był pijany. Miał ochotę zgnieść puszki. Zgniatał i zgniatał, aż zgniótł wszystkie. Cały ów proces widziały jedynie sikorki i bociany, wracające do gniazd. I ja przelotem. Mknąć na poranne spotkania. Starszy pan i puszki, a w tle rower. Dookoła las, całkiem blisko pola rzepaku i rzodkiewki. Niech się dzieje wola nieba.
środa, 15 czerwca 2011
Życie jednoaktowe.
Na każdym rogu siedzą chochliki niepokoju i wypranych wyobrażeń beznadziei. Na wprost ich skrzyżowań siedzą dobre duszki przepełnione energią i nadzieją, aż kipią ich kociołki dobrych wieści, przypowieści o rozmiarach 3,4 czy też 9. Idąc pomiędzy takimi skrzyżowaniami, mijając takie niebezpieczne rogi, mijamy matkę fatum rzucając kłody pod jej nogi. Nie chcemy, nie wiemy, nie ciągniemy. Nas nie chcą, nas nie znają, nas nie ciągną. A jednak. Los im płata okrutne figle, próbują siłować się z nieistniejącym na rękę. Wygrywać ręką wspomaganą silną nogą, długą nogą, nogą obutą w czarne szpilki. Oni jeszcze nie wiedzą, oni łapią tylko pierwszy obraz, obraz nie do końca prawdziwy, obraz grubym pędzlem malowany. Mnóstwo na nim śmiechu, zabawy, brak jakichkolwiek granic. A jednak gdzieś między drobnymi splotami płótna ukrywają się one. Cząsteczki odpowiednio spolaryzowane, zestandaryzowane, cząsteczki oczekiwane. Ale cóż im szkodzi bawić się do rana? Chochlikom i duszkom z kociołkami nikt przecież niczego nie zabrania.
poniedziałek, 30 maja 2011
Nowy czas.
Czas bywa przeszły i niedokonany. Bywa też zabawnie teraźniejszy. Przyszły niemile jest widziany. Lepiej o przyszłym nie pisać epopei, ani limeryków, ani nawet śpiewnych wierszyków. Czas płynie nieubłagany i zbiera plony tylko z minut wykorzystanych. A niewykorzystanym pozostaje jedynie płacz i zgrzytanie zębów. Kirsten Lowe wykorzystuje swój czas niedoskonale. Wiele elementów mogłaby poprawić, nad wieloma mogłaby się ponownie zastanowić, ale jednak... Rzuciła czasem w ciemny kąt, legła na podłodze, oglądając ruchy kocie z pozycji poziomej. Leżąc tak mroziła swoje myśli chłodem zastałych kafelek. Tak jakby nikt po nich od dłuższego czasu nie chodził. Tak jakby były całkiem niewykorzystane....
sobota, 28 maja 2011
niedziela, 22 maja 2011
Śmiertelne porachunki
Miewała gorsze dni, w których umierało jej jedynie dziecko albo mały pies. Ten nie był najgorszy, chociaż nawet ziółka z płatków żarnowca nie mogły uspokoić jej rozdygotanych dłoni i podekscytowanego serca. Kolejny pierwszy dzień miesiąca przyniósł jej kolejną śmierć starca zza wzgórza. Dopóki umierają ci z jej doliny, nie dręczą jej wyrzuty sumienia, jednak gdy umiera ktoś spoza, ktoś kogo przygnały prądy dobrych wieści do jej małej chatki, wtedy zaczynają ją gryźć chochliki samoudręczenia....
Od lat pracowała na własną opinię. Zasłużyła na dobre recenzje. A jednak, czasem i recenzje mędrców czy uczonych zawodziły śmiertelników. Nieuleczeni, skazani na banicję z doliny, odchodzili w niepamięć kopiąc swoje mogiły z dala od jej małej dziupli, do której wstęp miały jedynie wiewiórki i mała dziczyzna. Leżała w pozycji półsiedzącej dzierżąc i licząc najbardziej przydatne liście. Bo nie wszystkie liście wg niej dają odpowiednio czyste powietrze. Całe szczęście igliwie jej nie interesowało.
Baruszka w czasie lepszych dni liczyła kolejne dusze. Sprawiały jej radość liczby rosnące co trzy, kolejne trzy, kolejny trzy, kolejne trzy.... 3, 6, 9 ... 33, choć do takiej liczby rzadko dochodziło. 33 dusze na jeden dzień, tego żaden chrystusowy na krzyżu by nie przeniósł. Nie było na co liczyć. Zadowalała się więc trójkami, szóstkami, dziewiątkami. A kiedy nie dobijała do trzech, liczyła oddechy jednostek. Ostatnie tchnienia, co dziwne, zwykle były miarowe i parzyste. Starszy pan z Aklemanu wydał sześć dużych tchnień i cztery świsty. Dziewczynka z Breton wydała dwa małe, młode świsty i żadnego tchnienia. Widać w starszym panu więcej było witalności umierania niż w małej dziewczynce z Breton. Baruszka ani przy jednym, ani przy drugim się nie wzruszała. Śmierć była dla niej jak narodziny, tyle że te szły w odwrotną stronę. Przy narodzinach na świecie jedno wolne miejsce zostało zajmowane, przy śmierci zwalniane. Przy śmierci, tchnienia i świsty ewidentnie kończyły egzystencję, przy narodzinach, te same objawy ją rozpoczynały. A dla Baruszki narodziny były tak samo ważne, jak i śmierć. Bez nowych istnień jej worek dusz nie powiększał by się zbytnio, jej rola mogłaby całkiem zaniknąć, a to skazało by ją na wieczne odpoczywanie. A tego z pewnością nie chciała Baruszka.
Do jej ciemnej doliny nadchodził ktoś, kto nie dyszał, ani nie sapał, ani nie był przeźroczysty. Pochowały się wiewiórki, uciekła mała dziczyzna, zadudnił sarni tętent kopyt. A, i zarżnął koń w oddali. Szedł ktoś w jutowym worku, kogo zwiódł zapach płatków żarnowca. Ktoś, kogo Baruszka najmniej się spodziewała. Obcy, spoza doliny, kolekcjoner ostatnich westchnień. Przybył z misją ukojenia, ale też poczuł, że w tej dolince odnajdzie to, czego mu trzeba. Martwe dusze zbierał Cziczikow, przybysz w jutowym worku zbierał ostatnie westchnienia, Baruszka jedynie liczyła i jedne i drugie.
Jak się okazało, Baruszka oprócz swej pozornej szczęśliwości egzystencji starej zielarki, posiadała w sobie nieziemski niepokój, wewnętrzne drgania burzowe, które nachodziły nie tylko z kolejnymi informacjami przynoszonymi przez pobliskich tubylców, ale też, co gorsza, przychodzące z zaświatów. Jakaś większa siła, ni to Bóg, ni bożek, raczej wielki stwórca ziemskich stworzeń nadał jej prawo decydowania o życiu dziewczynek z Breton i starców z Aklemanu. Bywały takie dni, w których do jej zielarskiej dolinki nie przychodzili zagubieni w swej śmiertelności ludzie. Nie mieli po co umierać, widocznie nikt się nie rodził. A może to z powodu kolejnego wesela? Jak się ludzie weselą, to rzadziej nachodzi ich ochota na umieranie. Dumne uśmiechy tak samo jak i te liche, płoche czy głupawe, potrafią poruszyć ziemią tak, by wokół dolinki urósł wał piaskowy, tak, aby żaden śmiertelnik nie miał ochoty przez to owo przechodzić. Tym razem żaden wał piaskowy nie pokazał się na horyzoncie. A dłonie Baruszki dygotały z nieszczęścia. Czego chce od niej przybysz ni to z zaświatów, ni to z pobliskiej wioski? Żeby chociaż był postacią z bajki…
Okrążał sypiącą się bluszczową chałupę, łamiąc gałązki świerkowych pozostałości. Obserwował liczącą nadające się do użycia liście Baruszkę, zgarbioną śmierć siedzącą na niepewnym stołku drewnianym, niby takim solidnym, a jednak już czekającym wymiany. Chował się za chudymi drzewami, terroryzując małą kobitkę skrzywionymi spojrzeniami. Nie ma nic gorszego od niepewności. Śmierć jest pewna jak nic innego, nie ma innej tak doczesnej rzeczy, która byłaby tak pewna. Stąd te wyniszczające Baruszkę burzowe niepokoje. Nienawidziła zawieszenia. Wisieć w powietrzu i nie znać momentu upadku. Zarwał się stołek. To nie byle gratka. Uciekła Baruszka do bluszczowej chałupki, ściągając największe moce ku pomocy. Zamknęła się w strachu kostucha. Nadszedł bowiem jej zmiennik. Nadszedł czas na nową jakość śmierci. Młodszą, silniejszą, bez zbędnych porad zielarskich. Zbyt dobre serce i zbyt wiele ukojenia miała w sobie starucha, by bawić się w wiejską doktórkę do spraw umierania. A Cziczikow dalej pełzał po okolicznych gospodarstwach skupiając martwe dusze…
środa, 18 maja 2011
Długie spacery i różowe rowery
Gdyby tak każdy różowy rower miał skrzydła, spacery odeszłyby w niepamięć. Długie spacery doprowadzające najbardziej nieposkromione myśli do formy jedynkowej, będące w stanie poruszyć przechodnia, bądź przestraszyć najbardziej ospałego kota. Spacery po łące, po trawie, w poczuciu nieświadomej umysłowej zabawy. Spacery na trzy cztery po dwa i pół kilometra na dzień. Na ostatnim gwizdku, ostatnimi siłami powłócząc ciężkimi nogami, owe spacery odejdą w niepamięć. Zostanie rozpęd, nieostrożne ruchy kierownicą, szeleszczące błotniki, drżące przerzutki ulgi. I z górki i pod górkę, i dwadzieścia pięć na prawą. By szybciej, by dalej, oby tylko nie musieć naokoło. A tu pojawia się refleksja, że na wszystko jest w życiu czas. Na dni bezpłodne i płodne, na dni senne i miękkie, mniej senne i bardziej na temat. I od różowego roweru odpadną skrzydła, pozostawiając myśli na łaskę orłom, wydziobującym każdą wątrobę z istoty ludzkiej. Zostaną dwie nogi, dwie ręce i ten paskudny niepokój, czy dotrę na miejsce na określony czas?
piątek, 13 maja 2011
Za pewne
Tupiących nóżek tysiące, wspomnienia mylące... poślizgnięciem metylowym zajechali karocą pod ambasady wrota. Taka naszła ich ochota. Jednak niemało do szczęścia towarzystwo potrzebowało, więc nigdzie się zadomowić nie zechciało. Wszystkiego było mało i mało. I muzyka nie w rytm bryka, i ściany bez zmiany, i zamknięta wygódka, a tak często lała się wódka. Na dworze zimno, w środku zbyt duszno. Wszędzie nudno i nudno. I tak mało butnie, mało rezolutnie, wrócili do domu pompować balony. Nie wytresowali żadnej mrówki. Nie rozwalili ani jednej główki. Kapuście się uchlało. Za kark się nie wylało. Ot. Zadośćuczynienia sobotnie łuskanie grochu bez zapytania odbędzie się w mroku i w amoku.
środa, 11 maja 2011
Chodź do mnie życie, kościotrupio chude, chodź.
Nie każdemu przytrafiają się drobne pomyślności i głębokie przemyślenia. Nie każdemu dobrze z oczu patrzy. Ale każdy kiedyś żył w innym wcieleniu, z każdego płynęła krew panny d'Arc, ojca Piłsudskiego czy witalność człowieka pierwotnego.
Drobne przyjemności, małe iskierki uśmiechów szybko fruwających ptaków znad głębokich jezior. Zatopić się tak w otchłani zgubnej nadziei. Oddać się chwilowym mroczkom krążącym wokół głów kotów, rybek, żabek, wdów i wnuków. Zamieszkać na odległej planecie Ziemia, tak odległej aż tchu i kilometrów brak. Tresować mrówki, sadzić ogórki i łuskać groch. Łuskać, aż się wyłuska. Łuskać bez zbędnych pytań. Czekając, aż mrówka zapyta: a teraz dokąd? A nóż, szpak się nad nią ulituje i wskaże odpowiednie miejsce.
Tylko żeby matki nie widziały jak ich dzieci płaczą. Tam mrówki mają iść, gdzie matki nie widzą. Tam gdzie szkaradne oczy płazów i gadów są w stanie przesłonić wewnętrzne tony i hormony. Ale czy szpaki o tym wiedzą?
czwartek, 14 kwietnia 2011
Bociany, sójki i te inne.
Bynajmniej chciałaby mieć spokojny rok. A jednak, nie wszystko co nam dane było zapisane. Czasem i bociany zmylą nas wskazując inny trop myślenia. Nastawią nas na spokój, a już zaraz po ich ujrzeniu nadchodzą burzowe dni. Wszystko to przez nadajniki, elektromagnetyczne fale wiszące w powietrzu, drgania, niosące się cyfrowe telewizje, angażujące w swoje jestestwo najdrobniejszą część nieba, które kiedyś samo w sobie było niezawodnym przewodnikiem dla zmiennych ptaków. Teraz już wszystkie sójki wybierają się za morze, a bociany pozostają w zawieszeniu zaraz za końcem mapy. Nie wierzmy bocianom, cierpliwie znośmy figle dla nas przeznaczone.
wtorek, 5 kwietnia 2011
Rok spokojny z waleniem i wisienką na torcie
Lewa stopa wcale nie jest taka zła. Jeśli ktoś taki jak Kirsten lubi lewe strony łóżka to najmniej naturalną formą podnoszenia ciężaru ciała wybudzonego ze słodkiego snu jest forma prawa noga wyprost – przeskok, lewa noga podkulona – prosta. Chyba że jest się takim histerykiem jak Wojtuś, który w przesądy nie wierzy, ale lewą nogą z rana nie dotknie zimnej podłogi. Zawsze przechodzi przez prawą część łóżka. I to nie dlatego, że lewa stopa oznacza gorszy dzień czy niższy nastrój, tylko po prostu lewą ma trochę czulszą niż twardą prawą. Ta nie odczuwa aż takiego chłodu ziejącego z podłogowego południa.
Przetarła oczy będąc już w pozycji pionowej. Zaskrzypiały deski, waleń poruszyła łapką. „Jesteśmy!” usłyszała rażące echo wbijające ostatnie gwoździe w trumnę, ale w trumnę do lepszego jutra, nie do ziemi. Trumnę w znaczeniu pojemnika hermetycznie zamykanego, dbającego o jak najdłuższy i najświeższy żywot swego środka. Przed Kirsten już tylko małe drzwiczki balkonowe, małe tak na metr pięćdziesiąt. Zaraz przestąpi próg, zaskrzypią futryny, piśnie w końcu jakiś młody kot. Zejdzie prężnie po szerokich schodach, by przywitać włoskich podróżników z wyprawy po wino albo dwa. Cały ten skomplikowany proces przejścia z punktu A do punktu B wydawał jej się nader powolnie rozwijający się, a tak naprawdę wszystkie te czynności wykonała w mgnieniu oka i to nie ludzkiego a ptasiego, bo właśnie w tym momencie ptaki przyleciały z południa.
Z każdą minutą, gdy opuszczała Kirsten Lowe pewność, że to co ważne, poczeka, a co nieważne nie będzie upierdliwie czekać, dorabiała sobie ideologię, że to co ważne, ważniejsze jest od nieważnego. I w ten oto prosty sposób doprowadziła się do stanu euforii, sztucznie wytworzonego stanu podniecenia umysłu i zmuszenia go do spojrzenia na rzeczywistość i szarą codzienność przez pryzmat niezwykłości światowej wagi wydarzeń. A przylot ptaków z południa okraszony powrotem rodziców z wojaży krótkich ale rześkich, był jej wisienką na torcie.
Ale co z tego? Skoro jak tylko wyruszy w podróż spojrzy w górę nad fotoradar, gdzie w gnieździe na słupie będą siedziały dwa mizdrzące się bociany. Rok będzie miała spokojny.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Love krowe love byka...
Wiał przyjemny wiatr, słoneczko opalało jej poliki, proste włosy formowało w zawijany kształt. Lecz jak to się ma do wieczności? Zastanawiała się ciągle. Po co ma wstać? Dokąd ma dążyć? Żeby chociaż pojawił się na horyzoncie jakiś konkretny plan, a nie, że skończy pisać wniosek, jak zajdzie słońce, a nie wiadomo co potem będzie z tym wnioskiem, czy w ogóle warto wypełniać tysiące tych małych rubryczek, poprawiać, doskonalić coś, z czego może nic nie będzie. Po co się pyta? Myśli racjonalnie.
Pomimo dwudniowego snu przebudziła się nieco zmęczona wiatrem i słońcem. Mimo że ani wiatru, ani słońca już przy niej nie było. Spojrzała w nogi napoleońskiego łoża, gdzie leżał kot, gruby kot socjopata. Spojrzała na poduszkę, czyli w bok, a tam leżała kotka - waleń, której sen Kirsten wpasował się w codzienny tryb życia, chociaż, waleń częściej schodzi do kuchni i szpera po szafkach w nadziei odnalezienia kocich, psich czy ludzkich smakołyków. Przetarła oczy wewnętrzną częścią dłoni, siadła po turecku jak niegdyś siadała, gdy była dzieckiem, zamiauczała przeciągle odkrywając kołdrę i wychyliła w końcu lewą stopę. Lewa stopa ruszyła na poszukiwanie słońca.
Tylko dlaczego akurat lewą stopą rozpoczęła dzień świetlności po przespaniu 72 godzin? Ktoś na pewno zna prawidłową odpowiedź. Znasz?
środa, 30 marca 2011
Kirsten Lowe
Na południowym tarasie stało stare łóżko napoleońskich czasów. Nad łóżkiem niebo niewidoczne przez prażące w oczy słońce, a nawet gdyby słońce nie prażyło… nikt by na to niebo nie spoglądał, a więc fakt istnienia prażącego słońca był w tym momencie zbyteczny. Na wschód od tarasu o jedno piętro niżej rozłożono dywan cmentarny, ozdobiony kamiennymi krzyżami rozłożonymi wedle zasad ogrodów angielskich, przyozdobiony sztucznymi kwiatami, światłami gasnących zniczy i wielkanocnymi zającami. A na zachodzie natomiast bez zmian. Piał kogut sąsiadów, poruszający do lotu hodowlane gołębie. Kogut hodowany dla dobra jajecznych stosunków sąsiedzkich, na którego życie czyhały wygłodniałe koty z okolicy.
Łóżko stało dwuosobowe, a zalegała w nim jedna osoba, mała kobietka Kirsten Lowe. Przy łóżku nie siedział mąż, ani matka, ani babka. Tylko ona, ze związanymi w kucyk włosami, podpiętymi trzema wsuwkami, spała tak już dwunastą godzinę, po uprzednim przespaniu szesnastu i pół. Śniła zapewne o wielkich projektach, czciła myślami przyjaciół i męża, lecz jej pamięć o bliskich znikała jak ów piękne sny, z pierwszą sekundą przebudzenia. Wstawała jedynie, by pić bezalkoholowe napoje, typu woda czy malinowy sok. Było jej dobrze na południowym tarasie. Prawie tak dobrze jak w zakończeniu bajki o psie, który myślał, że posiada nadprzyrodzone moce, a gdy się okazało, że jednak nie, to myślał, że jego właścicielka już go nie kocha, a przekonał się, że wcale nie, że kocha go za to, że po prostu jest. Radości z odnalezienia wzajemnej drogi, oczyszczenia się z kłamliwych prawd, tego doświadczała Kirsten Lowe z kolejnym przewróceniem się na lewy bok.
niedziela, 27 marca 2011
Dla Piotrusia. Albo i dwóch.
Leżał tak sobie pod kołderką i nagle zdał sobie sprawę, że życie to taka kruszynka. A gro kruszynek daje bochenek chleba. A jak mamy chleb, to już każdy może przeżyć. Teraz tylko dodajmy odrobinę wody. Półtora litra by żyć, trzy litry by wieść szczęśliwy żywot. Żywot kruszynki, niewielkiego elementu bochenka chleba. A jak już pomnoży się ilość bochenków...
Wtedy pojawi się większa siła, moc niebieska, zlepiająca kruszynki i posadzi nam drzewa. A jak już będą drzewa...
to pojawią się mszyce i inne robactwa, lubujące się w zielonym kolorze soczystego listowia.
A co jeśli zabraknie kawałka nieba? Wtedy kołderka się schłodzi,
dotrze do kruszynki aromat zbyt wczesnej kawy i zacznie się kolejny dzień wiecznej zabawy.
sobota, 26 marca 2011
Niedaleko od domu, za szosą przed polem.
Niech każdemu zagra dobry ton, ton lepszego jutra. Niech każdy z nas odnajdzie mocny promyk słońca, niech będzie nam dane, co nam zapisane. Nawet jeśli zapisane są rzęsiste deszcze i irytujące mgły. Niech i będą. Tylko dobrze by było, gdyby nie przyszła lawina z przeszłości, która pokryłaby nasze pola i łąki. Nie znieślibyśmy antywidoków rzepaku, dziurawca i szparagowców.
W naszych małych miasteczkach codziennie dochodzi do jakiejś tragedii. Najczęściej w tej małomiasteczkowej formie występują dwa punkty zwrotne oddzielone od siebie o kilkanaście bądź kilkadziesiąt stron, w zależności od formatu opowieści, a na końcu nastąpi tak wyczekiwane catharsis. Oczekiwane, wyczekiwane, nie zapisane. Catharsis umiejętności. Życia.
A za kilka dni zapomnimy o lawinach, o burakach cukrowych i słonecznikach. Przyjdzie noc i mgła. I wszyscy pomrą w bezsilności. Upadną, będą czekać aż spróchnieją ich najmniejsze kości. Niech i próchnieją, gniją itak przecież zostaną przysypane ziemią. Catharsis przeżyte, punkty zwrotne zrealizowane, tylko jakoś morału brak.
Durne przypowieści.
wtorek, 15 marca 2011
Ludzkie narodowości waszmości i nie tylko
Mała osóbka pośród tysiąca niezliczonych kropel z mórz pływała pomiędzy giętkimi badylami, zielonymi glonami, jej nóżka nie mogła wydostać się z klitek kamiennych, rączka silnie próbowała dosięgnąć chmur, a ona oddając ostatni dech nie chciała już wzbijać się ponad to, do czego spadła w mgnieniu oka, na kilka chwil przed zamknięciem pożarowych bram. Upadła w sam środek sprężystej wody. Maleńkie kropelki roztrzaskały się w tańcu pod wpływem ciężaru jej ciała. Była małą osóbką w oczach ludzkości, lecz gabarytów jej ciała natura nie szczędziła. Obdarzona włoskimi udami do rodzenia dzieci, mocnymi ramionami do noszenia koszów z praniem i wielkimi zębami spakowanymi w pucołowate policzki, wpadła do strażackiego zalewiku po nocnych rozkoszach z tutejszym strażakiem... Czy było warto? Tonąć za jedną noc?
W tym samym czasie na jednej z miasteczkowych dróg pędził prędkością zawrotną czerwony samochód bez prawego kołpaka, na którego maskę spadł z drzewa przerażony kot. Spadł z góry niczym objawienie, podczas niezwykle bujnego wiatru i dżdżystej poświaty mgły. Spadł, bo tak miało być, inaczej być przecież nie mogło. Niski pan w szarym garniturze przysunął zdziwione okulary do równie zdziwionych oczu i rzekł ze stoickim spokojem: „Co to kurwa jest?”. Zatrzymał się kilka metrów dalej, wysunął okutą w ciężkawe czarne mokasyny stopę, która od razu wiedziała, by lepiej nie wysiadać, by pozostać w samochodzie z resztą swojej nogi. Lecz niski pan nie słuchał swej stopy i wysiadł. Rozejrzał się. Głupio-odważny ten niski pan. Pomiędzy oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt metrów domami, szeregiem równających linię drogi drzew, stała niska grubawa pani z grabiami i wiadrem w dłoni oraz dodatkiem kilku liści, mielonych w jej sztucznej szczęce z dociskiem na sto trzy. Splunęła z charknięciem zieloną breją, po czym stuknęła grabiami o mokry grunt. Niski pan w swych maksymalnie przysuniętych do oczodołów okularach stanął na przeciw mary kobiety działkowej wyjawiającej się zza dżdżystej mgły. Czy było warto? Tak pędzić tą drogą?
Wtulona w gruby koc, wpatrzona w małą plamkę na suficie, niedopatrzenie niedoświadczonego malarza, siedziała w pozycji półleżącej Britta skulona, siwa, szara i taka młoda. Posiwiała, poszarzała w przeciągu kilku ostatnich dni. Jedynie plamka nic się nie zmieniała. Siedziała tam tak długo, jak ona tam trwała. Siedząc w swoim ciepłym salonie, u boku męża Adama, zamyślała się co chwilę, by uciec od myśli, od koniecznego życiowego gadania, od odmawiania, nasłuchiwania, obgadywania. Marzyło jej się nic nie myślenie, tak trudne do wykonania, siedzenie i nie myślenie. Wszystko dookoła ją przerażało. Chwiejące się ściany, zawiewająca firanka przy drzwiach balkonowych, obślizgły dywan, małe robaczki wynurzające się z doniczek jej niegdyś ukochanych kwiatów. Jedynie plamka trwała w swym spokoju, skończoności rozwoju, bez przeszkód egzystencjalnych i dlatego też Britta zazdrościła tej plamce, tego jej trwania i tej jej niezmienności. Patrząc na swoje życie czuła się jak nieudana postać z serialu. Patrząc na plamkę, pojawiał się na jej horyzoncie spokój. Czy było warto? Żyć tak bez celu i bez spokoju?
Chodził pomiędzy półkami uginającymi się od wymacanego towaru w postaci puszek, paczek, pudełek, kopert, małych woreczków czy prawie żywych owoców. Jedyną gamą produktów mało-macanych są produkty mrożone, mające na tym punkcie kompleks. Mało-macane cacuszki zmrożone. Człapiąc pomiędzy małymi magazynami, skrywającymi poszukiwane mąki, skrobie, dżemy, whiskasy, oglądał się zawsze, by dostrzec tę jedną półkę, jedną jedyną, półkę cukierniczą, przypominającą raczej pudło lub kosz większych rozmiarów, by dojrzeć kształt dzisiejszych świeżo wypieczonych ciasteczek, by sprawdzić ich pulchność. Wyczekiwał odpowiedniego momentu by podejść, czaił się za regałem wypełnionym różowymi smyczami, piłeczkami, nogami dla kena, konikami z siodłami, strojami kąpielowymi dla dzieci Barbie, gdzieniegdzie przedzierającą się bronią. Gdy tylko kolejna dawka tłumu przetoczyła się ku koszom z bułeczkami, pozostawiając samotnie stojące lśniące cukrowe pojemniki, wyłaniał się zza owego przedziwnego zbiorowiska, by zbliżyć ku celowi, by wreszcie zaspokoić swą ciekawość internisty. Będąc przy ciasteczkach, sprawdzał ich świeżość, kruchość, ilość cukru będącego posypką, czy też kształt poszczególnych sztuk. Po czym odchodził z nową porcją wiedzy na temat wypiekanych ciasteczek sprzedawanych w supermarkecie i analizował, wracając z pustym koszykiem do domu, czego może się jutro po tym sklepie spodziewać. Czy było warto? Macać ciasteczka w supermarkecie?
A bliziutko od tego wszystkiego, po drugiej stronie tego pięknego kraju siedział w swym domku na kurzej nóżce zasmucony swym niewyobrażalnym i nierealnym stanem klaun. Siedział i płakał po cichu, by nie budzić swych zagipsowanych przyjaciół stworzonych w postaci krów, kaczek czy godzili. Płakał nad losem nie tyle swoim, co całej ludzkości, bo jego pojedyncza niespełniona miłość była niczym w porównaniu z tymi brakami dręczącymi istniejącą ludzkość. Machał swoją ciężką nóżką w żółto-zielonych ogromnych butach, i ronił łezkę malowaną, która mimo bezruchu była tak realna, jak te zagipsowane figurki. W jego skrajnie zielonym miejscu zamieszkania nie było już miejsca na absurd, nie miał więc czym karmić ludzi, nie miał jak zmuszać ich do zabawy. A mimo to wychodził na ulicę, próbował rozbawiać zmartwione ludzkie twarze. Nic z tego nie miał, oprócz kilku niemiłych wyrażeń skierowanych w jego kierunku. Czy było warto? Robić cokolwiek dla ludzkości?
To nie ma być historia o kocie spadającym z drzew, ani o małej osóbce tonącej wśród wodorostów w jakimś małym strażackim zalewie, czy też o depresjach przedpotopowych, tylko bajeczna historia wesołego miasteczka, w którym topione są żale i smutki ludzkiego narodu...
środa, 19 stycznia 2011
Cry Like a Baby
To jeden z tych dni, które ukoić może ciepłe i miękkie futerko rudego kota. Czarnego troszkę mniej, kolorowego troszkę bardziej, rudego a w sam raz. Dzień, w którym śnieg mieszający się z deszczem tłucze w niedomknięte okna po kilku godzinach prawdziwego natarcia wiosny. Dzień, w którym myśli uciekają nie trzymając się ostatnich desek ratunku. Kładąc głowę obok mruczących wąsów i słodko domykających się ocząt, świat wiruje dookoła, a myśli ten świat próbują dogonić i budzi się pewnego rodzaju niepokój i innego rodzaju niż zwyczajnie - euforia. Oczy zaczynają się same śmiać, usta cieszyć, w głowie synapsy tańczą tango. A potem rudy kot wstanie z łóżka, przeciągnie leniwie jedną nóżką i powie wszystkim: no to cześć. I wszystko wraca do bałaganu i histerycznych historii opowiadanych przez bajkopisarzy, którzy pouczać chcą nas, nie wiedząc z kim mają nierozegrane sprawy, wtykając nos nie tam, gdzie nos wtykać się powinno. I tak w kółko. Tango i rumba, salsa i walc. A wszystko to pod jednym szyldem: życie.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Bosa Osa Rosa
Zasapał się
manekin,
zasapał się wdzięcznie, wszystko w oczach mięknie, przybyła tu dziewczyna, taka trudna do rozgryzienia była jej
mina,
zagadkowo spojrzała na
manekina,
ah! Cóż za cudna to była dziewczyna!
Manekin
przemaszerował szeroką zaokienną szosą, a ona okazała się być
osą!
Oso Osa! Bosa Osa! Osa i Rosa! Ah! Cóż za cudna to była dziewczyna! Manekin
wytępił szkodników szeregi, powziął też w biegu taktykę działania znaną pod hasłem nawoływania. Więc zaczął swe dźwięki, mało bystre jęki wydawać w kierunku jej
wdzięku,
wtedy to dopiero zaczęły się męki. Bosa Osa Rosa Oso Osa spostrzegłszy amanta
bez żywego oka, poczęła uciekać w kierunku wrót do zielonego forda, a tam kolejna wpatrzona w nią, tym razem bardziej żywa,
morda!
Za szklaną powłoką gaśnie
manekina
ochota, jak gasną sklepowe lampiony, a
pan sprzedawca
wraca na obiad do swej przecudnej, zdobytej dosyć dawno, gruszkowej żony.
sobota, 8 stycznia 2011
Gdzie ci mężczyźni? Feministyczna myśl o miłości blondynki
GDZIE CI MĘŻCZYŹNI?
Milos Forman stworzył dzieło niezwykle ważne – opowiedział bowiem prostą historię o miłości. Spójna, prosta w środkach, zabawna, czego chcieć więcej? Nie znajdziemy w niej happy endu, nie znajdziemy też łez i rozpaczy.
Kiedy Andula poznaje młodego pianistę Mildę porzuca ówczesnego narzeczonego i pod wpływem lekcji dobrych manier dziewczęcych (co kobiecie wolno, a co nie wolno) ucieka do Pragi, by odnaleźć swą miłość. Miłość nie tyle prawdziwą, co wyczekaną, bowiem wszystkie dziewczęta z prowincjonalnego miasteczka komunistycznej Czechosłowacji wyczekiwały miłości, która mogła przypaść jedynie na co szesnastą kandydatkę. Statystycznie rzecz przedstawił nam dyrektor fabryki obuwia, w której pracowały wszystkie kobiety mieszkające w owym miasteczku i okolicach. Na 16 dziewcząt przypadał jeden mężczyzna. Rzecz niesłychanie trudna do rozwiązania, ale nie dla Formana, który postanowił, że dyrektor zaprosi cały garnizon wojska na wieczorek atrakcji dla wytęsknionych panienek. Jak postanowił, tak zrobił. Oczekujące miny podekscytowanych pracowniczek fabryki, podobnie jak i dyrektora, który stanął w roli dyrygenta nie mogły pozostać widzom obojętne. Jednak plan spełzł na niczym, gdyż wojsko wysłało cały garnizon łysiejących, tyjących panów, głównie mężów, przed 40-ką. Dziewczyn to ewidentnie nie usatysfakcjonowało. Szereg pomyłek, szukanie zaginionych obrączek pomiędzy roztańczonymi nogami, stawianie wina nie przy tym stoliku, który wskazywali stawiający, miłosna noc Anduli z pianistą... cały smak mistrzowskiej komedii romantycznej. A to był jedynie pretekst dramaturgiczny do ukazania goniącej za ukochanym Anduli oraz całego środowiska gnuśniejącego miasteczka.
Fabularne rozwiązania historii Anduli połączone z dokumentalnym charakterem zdjęć tła, czyli środowiska życia prowincjonalnego komunistycznego miasteczka głębokiej Czechosłowacji dają nam poczucie wiarygodności. Prostota używanych środków inscenizacyjnych tylko ów naturalizm wzmaga. Podobnie jest z postaciami, w które nie wcielili się aktorzy zawodowi, a naturszczycy, sprawiający mimiką i gestami, że czujemy się niczym podglądacze ich spokojnego życia. Oni pokazują nam swój świat, a my myślimy, że oni nas nie widzą...
„Co to za wieszanie ubrań na drzewach? (…) Tak nie można! Ubrałaby pani cały las!” absurdalnie prawdziwe zdanie padło z ust strażnika leśnego – jednego z niewielu mężczyzn zamieszkujących około fabryczne terytorium. Przywołane zostało w trakcie nocnych pogaduszek młodych pracowniczek fabryki, zaraz po piosence o miłości od pierwszego wejrzenia, która razem z ostatnim motywem gitarowym jest klamrą fabularną całej historii. Nocne pogaduszki z początku dotyczą zaręczyn Anduli, które zerwała z własnej woli, są bardzo podobne do tych pogaduszek zamykających, podczas których to zawrócona z praskiego raju Andula snuje marzenia kiedy znów odwiedzi ukochanego... Dziewczyny marzą i tęsknią do miłości, bycia kochanymi, a mężczyźni im tam gadają o ubieraniu lasów czy też rytuałach godowych jeleni.
Wspólna noc musiała się zdarzyć, w końcu to komedia romantyczna. Zdarzyły się aż dwie. Każda z nich nietypowa na swój sposób. Pierwsza, kiedy to Milda wykorzystując naiwność Anduli, wróży jej z ręki nieciekawą przygodę z trzema mężczyznami w lesie i proponuje, że nauczy ją samoobrony. Padają w swych objęciach, wstają rozdzieleni, po wszystkim, czyli po całej nauce, Andula kopie Mildę w goleń, ot tak, po prostu kopie, a ten pada powalony na łóżko, cierpiący jak to mężczyzna najlepiej potrafi. Andula skruszona siada obok i odwzajemnia pocałunek swej ofiary. Ta przezabawna zamiana miejsc jednym może się skończyć – powodem do późniejszych wyrzutów sumienia. Czarująca nieumiejętność zasłonięcia złośliwego okna, te kłótnie nastolatków „nie mam dziewczyny w Pradze, nie mam dziewczyny w Pradze, nie mam dziewczyny w Pradze” i nie trzeba nic więcej pokazywać. Drugą noc jaką warto zapamiętać to noc po odnalezieniu domu Mildy przez Andulę spędzona pod dwoma pierzynami w rodzicielskim łożu, z tymże Andula w tej scenie śpi w łóżku ukochanego sama, a Milda ze swoimi rodzicami, głównie z irytującą matką prawiącą niezrozumiałe dla niego morały.
Pod względem intensywności oddziaływania film ten góruje w moich statystykach. Oryginalność opowiedzenia historii o miłości...To tylko Forman potrafi tak schować mężczyzn i nieszczęśliwą Andulę postawić w oczach jej koleżanek w roli szczęściary. A że życie jest złudzeniem to każdy wie.
piątek, 7 stycznia 2011
Szafki i te inne
Porzucona przez niewiernych mężów i czekających nań żon, sąsiadka niejednej wypchanej błahostkami, przydasiami, nazasiami kuzynki meblościanki, oczekująca na choć jedno otarcie rączek z kurzu stała w opustoszałym mieszkaniu Wielka Biała Ona. Szafka Matrona. Czekała. Bo cóż innego robić miała? Kiedyś, w lepszych czasach, za trzeciego francuskiego barona, ukrywała nawet dzbanek! Dzban wypełniony współczesną ambrozją - bimber świeżo upędzony. A teraz, teraz to lepiej nie wspominać. Czekała. Cała ona.
Aż pewnego dnia wyrzucona za bruk, trochę mniej brutalnie niż fortepian Chopina, znalazła się wśród białych ścian, uwięziona. Początkowe oszołomienie sprawiało jej życiowe oniemienie, tak więc i nawet drzwiczek nie uchylała, a kluczyk głęboko, gdzieś tam z boczku, w boczku schowała. I tak stała. Bo cóż innego robić miała? Szafka Matrona. Wśród białych ścian, szaleńców przebiegających, nie stojących jak ona, od drzwi do drzwi szukających schronienia. Mimo świstu, chwistu i czającego się za rogiem diabła Rokitki stała. Cała ona.
I aż tu nagle! Trach, prach! Dwóm takim do głowy wpadło, by uprowadzić Szafkę Matronę i ukrócic jej życie przygodne. Wyobraźcie sobie! Szafkę Matronę! I nie stała już oniemiała i nie czekała, o wszystkim zapomniała. Zaczęła życie stadne. I kot po niej skacze i dzieci po niej malują, na jej grzbiecie wyrósł kwiat, podlewany co kilka lat, i stoi tak w centralnym miejscu domu. Udając, że jest kominkiem (psst! tego nie zdradźcie nikomu!) Niech i Szafka Matrona myśli, że się ogień w niej pali, że daje ciepło i dlatego o nią tak dbają... A tak naprawdę to szafeczka owa, papier toaletowy wewnątrz w sobie chowa... taka Zuchwała Ona.
czwartek, 6 stycznia 2011
Zwykła, zadowolona, szczera mina.
Pisząc o tym co jest, a czego nie ma, uruchamiając ludzkie emocje, akcje - reakcje, za każdym razem sięgamy po swoje doświadczenia, rany z przeszłości, a prawie nigdy nie sięgamy po te ów drobne radości... Nie piszemy o tym co nas cieszy, co sprawia nam przyjemność, ale o tym co nas boli, co uwiera. Bo nikt przecież nie chciałby czytać/słuchać czy też wierzyć w to, że radość daje chwila leżenia w puszystym, bialutkim śniegu w środku szczerego pola. Bo po co komu takie informacje? Przecież to nie jego/jej radość/chwila euforii... Uczę się nie tyle odczuwać drobnych przyjemności, ile dzielić się nimi z innymi. To nie jest łatwe. Łatwiej na pewno jest zarażać smutkiem, zgorzkniałą miną. Tej zawsze szybciej widzimy skutki, niźli tej radującej się miny, tego małego emotikonu :-) Zwykła, zadowolona, szczera mina.
Pomimo bólu głowy, anginowego bólu gardła, ciężkostrawnego antybiotyku, uśmiecham się dzisiaj. Tak po prostu, po to żeby się uśmiechać i mieć zadowoloną minę. A wnet nadejdzie czas, kiedy ów mina zarazi to, co siedzi w środku, to, co teraz ugina się na niepomalowanym od zeszłego lata, płotku.
środa, 5 stycznia 2011
Hu hu ha
Hu hu ha, biała zima nie jest zła. W szczególności, gdy można się nią niezakłócenie cieszyć w otoczeniu ciasteczkowych rzeczek, lasków i walących się PGR-ów. Lub tarzać się w śniegu ze śmiechu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























