Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

niedziela, 29 stycznia 2012

Nigdy więcej

Karne jeżyki świata tylko czekają na kolejnych skarconych, czekają cierpliwie na tę szafkę, co jej wręcz utrącili nogę, na tę półkę, której ostrogi przywiane chłodem poszły w niepamięć narodu, a taka była ideologiczna w swej postawie... Martwa cisza, martwe głosy. Ukojone nerwy, w krwiobiegu jakieś 60 mg, może nieco więcej, resztki alkoholu, w płucach szkodliwy dym. Nie daliśmy rady. Nie pomogło nam na to schorzenie nic. Nie pomoże nigdy więcej. Teraz tylko karny jeżyk świata będzie ratunkiem przed samo destrukcją myśli złych. Ukoić nerwy, zasypać doły, stworzyć okopy, będzie wojna, będą walczyć emocje złe i dobre. Zarobią na tym dużo więcej, niżby miały razem współgrać i tworzyć coś na wzór was, na wzór półki, szafki, kompletu mebli salonowych. A choinka jeszcze stoi w kącie, niepokalane poczęcie natur matki i ojca. Więcej jej już nie będzie. więcej nas już nie będzie. Nie patrz więc na mnie takim wzrokiem. Nie damy się ponieść tym urokiem.

wtorek, 3 stycznia 2012

Dark Queen Paradise


Była mroźna noc, jedna z tych, które zapowiadają rychłe nadejście zimy. Śniegu jeszcze nikt nie widział, ani nie czuł, a jednak… Zmrożony chodnik inaczej reaguje na obecność obcasów. Donośne dźwięki rytmu na dwa, z rzadkimi poślizgami niezbyt zdrowo trzymających się zelówek, przeszkadzały w zimowym śnie najmniej wrażliwych, śmietnikowych kotów. Co rusz odpalano silniki w zmarzniętych samochodach, czekano chwilę, aż niezawodne instalacje gazowe dadzą znak do włączenia się do niezbyt wzmożonego ruchu o środkowo nocnej porze. Co druga postać stawała na środku ulicy, znacząc bezpretensjonalnie miejsce swojego postoju. Pluli, okrutnie odchrząkując poranne śniadania. Jakby stawiali kropki nad i, i tutaj też byłem, i tutaj stałem, i ja, i on. Chichoty damskich stworzeń zagłuszały często męskie odgłosy bitewne. W zależności od rozwoju sytuacji danej nocy, pewne takty brały górę. Śmietnikowe koty wolały bitewne, krótkie, zdyszane ochy i achy, niż damskie, przeciągane, sztuczne chichrania, podpierane męskimi a może? Co jakiś czas koci sen zaburzany był niebieskimi światłami od, tym razem rozgrzanych, szybkich samochodów, z których wysiadali zwykle panowie w dosyć ciężkich butach. Z ich kieszeni często wydobywał się metalowy brzdęk. Kotom złe rzeczy zwiastowały metalowe brzdęki. Śmietnikowe koty nie kojarzyły ich z brzękiem wypełnionych misek w przeciwieństwie do kotów domowych. Ulica wiecznego ruchu, okruchów nocnej zabawy ludzkich osobników, była najgorszym miejscem do zamieszkania dla takich wystraszonych kajdankami kotów, a jednak…
            Wielki, szary hangar, jakaś halowa pozostałość po wielkich fabrykach, została mianowana dziuplą najbardziej frywolnej zabawy. Nazwana hawajskimi dobrobytami, skrywała najczarniejsze strony aspektu życia ludzkiego – zabawy, Homo ludens, podobno. Niejeden liczyć nie umie, niejednemu poczucia rytmu brak, lecz to nikomu nie przeszkadza, gdy tłum, niczym woda, wylewająca się z brzegów rzek, pokrywa podstawową warstwę parkieto-betonu, kolejną, nieco wyższą, sięgająca do dwóch metrów szaro-kolorową mazią ludzkich ciał. I faluje ów druga warstwa, ocierając szorstkie owłosione ciała, o delikatne, miękkie i ciepłe, ciała przyciągające siłą nieziemską, produkujące ponad normę ilość feromonów. Głowy, które przelotnie można było dostrzec, odczepiały się jakoby od własnego tułowia, przyszywały się nietrwałymi nićmi do innych osobników, tworzyły swoiste X i Y, w zależności od interakcji z wybraną ofiarą. Co chwilę jakaś dłoń pojawiała się ponad tym wszystkim, boska dłoń karcąca niegrzeczne dzieci. Gdzieś z boku, nie wiadomo do końca którego, stała klatka, zrobiona z metalowych, wielkich prętów, do której każdy miał szansę wejść. Małe powierzchnie do „dylania” typu współczesnego, były idealnie wymierzone w tanecznej klatce. Tam z tyłu były wrota ciemności, pokoje o nie do końca znanym dla poprawnych osobników przeznaczeniu, dla mniej poprawnych były pokojami zbawienia. Czerwone długie siedziska zwiastowały dalekie zakończenie taktu zabawy. Nie wszystkim były dane takie siedzące możliwości. I w pewnym momencie na środku tego wszystkiego, zza czerwonych kotar rozpusty, pojawia się ona – czarna królowa.
Mierząc męsko-damskim wzrokiem całe towarzystwo, wybiera kolejne przypadki podatne na ugodzenia seksualne. Ty na lewy boczek, ty na prawą pięść. Czarna królowa otulona cekinowym fragmentem materiału dociętego w formie mini do nie do końca kobiecych bioder. Zabrakło też piersi, jędrnych, skowyrnych, piersi mleko dających. Pojawił się za to barczysty bark i mocna ręka, wypracowana. Głos sztuczny, umilający ten czas, nie do końca był w stanie zgrać się z ruchem pani nad paniami. Ale cóż, wszyscy wierzyli w ten akt, akt piosenkarskiej zabawy.
W wielkich, szarych hangarach nie tylko cnotę można łatwo skraść. Z tożsamością w tej kwestii również nikt nigdy nie miał wielkich problemów. To ja. Istota ludzka ponadziemska, ponadprzeciętna, istota kochająca pomidory. To on. Istna forma człekokształtna o minorowym brzmieniu, o ustawicznie błahych powodach śmiechu. To oni. Formy różne. Często okrutne. Jak by się im bliżej przyjrzeć – dosyć paskudne. To my. O różnych wielkościach stóp, o różnych spustach alkoholowych, lecz wszyscy pogrążeni w bajce o czarnej królowej. Jedno marzenie mieć – być królową wielkiej dyskoteki.
Nie każdemu jednak wolno przyznać się, że w takiej bajce uczestniczył. Morału ostatnio nigdzie nie doszuka się żaden kot, więc wszystkie sytuacje życiowe możemy nazwać bajką. Ów wielki hangar przy ruchliwej nocą ulicy, w dzień, był niczym schron dla śmietnikowych kotów, które jedynie mogły się domyślać, co takiego skrywa tajemnica ich dziennego domu.  Nocą niepotrzebny był taki dom, bo noc to czas na polowanie. Biegają koty w poszukiwaniu mniejszych myszek, biegają myszy w akcie ucieczki przed kotami. Dreptają nóżki, słychać niemrawy stukot kocich pazurów, podobnie słychać mysi szmer. I ta gonitwa kota za myszką, myszki przed kotem na pewnej powierzchni zagęszcza się aż tak, ze tylko ciemność dostrzec można, chyba że na pierwszy plan wysunie się czarna królowa, jedna z największych dam. Przecież kiedyś musi wydostać się z oszalałego z radości hangaru. Musi zamknąć za sobą bramy przygód i niewinności natury panów i pań. I wychodzi zakryta, zakapturzona niczym kostucha przy stopach leżącego w łożu. I mknie ulicą, tą samą ulicą, co wszyscy stukający obcasami i pazurami, lecz teraz jakby ruchu brak. Istnieje pustka. Pusta próżnia rozbrajająca wszelkie możliwości i próżni, i pustki. I latarnia mruga na znak, że droga wolna, nie niebieska, nie krzycząca, wolna od tak. Dla czarnej królowej granatowy dywan pościelił czas. Tylko czemu królowa ukrywa się aż tak? Dlaczego nie wyjdzie z tłumem, wiwatującym ze szczęścia? Dlaczego im nie dać tych chwil radości? Nie pozwolić się cieszyć własnym szczęściem??
A jednak … to jest właśnie Czarna Królowa.