Mała osóbka pośród tysiąca niezliczonych kropel z mórz pływała pomiędzy giętkimi badylami, zielonymi glonami, jej nóżka nie mogła wydostać się z klitek kamiennych, rączka silnie próbowała dosięgnąć chmur, a ona oddając ostatni dech nie chciała już wzbijać się ponad to, do czego spadła w mgnieniu oka, na kilka chwil przed zamknięciem pożarowych bram. Upadła w sam środek sprężystej wody. Maleńkie kropelki roztrzaskały się w tańcu pod wpływem ciężaru jej ciała. Była małą osóbką w oczach ludzkości, lecz gabarytów jej ciała natura nie szczędziła. Obdarzona włoskimi udami do rodzenia dzieci, mocnymi ramionami do noszenia koszów z praniem i wielkimi zębami spakowanymi w pucołowate policzki, wpadła do strażackiego zalewiku po nocnych rozkoszach z tutejszym strażakiem... Czy było warto? Tonąć za jedną noc?
W tym samym czasie na jednej z miasteczkowych dróg pędził prędkością zawrotną czerwony samochód bez prawego kołpaka, na którego maskę spadł z drzewa przerażony kot. Spadł z góry niczym objawienie, podczas niezwykle bujnego wiatru i dżdżystej poświaty mgły. Spadł, bo tak miało być, inaczej być przecież nie mogło. Niski pan w szarym garniturze przysunął zdziwione okulary do równie zdziwionych oczu i rzekł ze stoickim spokojem: „Co to kurwa jest?”. Zatrzymał się kilka metrów dalej, wysunął okutą w ciężkawe czarne mokasyny stopę, która od razu wiedziała, by lepiej nie wysiadać, by pozostać w samochodzie z resztą swojej nogi. Lecz niski pan nie słuchał swej stopy i wysiadł. Rozejrzał się. Głupio-odważny ten niski pan. Pomiędzy oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt metrów domami, szeregiem równających linię drogi drzew, stała niska grubawa pani z grabiami i wiadrem w dłoni oraz dodatkiem kilku liści, mielonych w jej sztucznej szczęce z dociskiem na sto trzy. Splunęła z charknięciem zieloną breją, po czym stuknęła grabiami o mokry grunt. Niski pan w swych maksymalnie przysuniętych do oczodołów okularach stanął na przeciw mary kobiety działkowej wyjawiającej się zza dżdżystej mgły. Czy było warto? Tak pędzić tą drogą?
Wtulona w gruby koc, wpatrzona w małą plamkę na suficie, niedopatrzenie niedoświadczonego malarza, siedziała w pozycji półleżącej Britta skulona, siwa, szara i taka młoda. Posiwiała, poszarzała w przeciągu kilku ostatnich dni. Jedynie plamka nic się nie zmieniała. Siedziała tam tak długo, jak ona tam trwała. Siedząc w swoim ciepłym salonie, u boku męża Adama, zamyślała się co chwilę, by uciec od myśli, od koniecznego życiowego gadania, od odmawiania, nasłuchiwania, obgadywania. Marzyło jej się nic nie myślenie, tak trudne do wykonania, siedzenie i nie myślenie. Wszystko dookoła ją przerażało. Chwiejące się ściany, zawiewająca firanka przy drzwiach balkonowych, obślizgły dywan, małe robaczki wynurzające się z doniczek jej niegdyś ukochanych kwiatów. Jedynie plamka trwała w swym spokoju, skończoności rozwoju, bez przeszkód egzystencjalnych i dlatego też Britta zazdrościła tej plamce, tego jej trwania i tej jej niezmienności. Patrząc na swoje życie czuła się jak nieudana postać z serialu. Patrząc na plamkę, pojawiał się na jej horyzoncie spokój. Czy było warto? Żyć tak bez celu i bez spokoju?
Chodził pomiędzy półkami uginającymi się od wymacanego towaru w postaci puszek, paczek, pudełek, kopert, małych woreczków czy prawie żywych owoców. Jedyną gamą produktów mało-macanych są produkty mrożone, mające na tym punkcie kompleks. Mało-macane cacuszki zmrożone. Człapiąc pomiędzy małymi magazynami, skrywającymi poszukiwane mąki, skrobie, dżemy, whiskasy, oglądał się zawsze, by dostrzec tę jedną półkę, jedną jedyną, półkę cukierniczą, przypominającą raczej pudło lub kosz większych rozmiarów, by dojrzeć kształt dzisiejszych świeżo wypieczonych ciasteczek, by sprawdzić ich pulchność. Wyczekiwał odpowiedniego momentu by podejść, czaił się za regałem wypełnionym różowymi smyczami, piłeczkami, nogami dla kena, konikami z siodłami, strojami kąpielowymi dla dzieci Barbie, gdzieniegdzie przedzierającą się bronią. Gdy tylko kolejna dawka tłumu przetoczyła się ku koszom z bułeczkami, pozostawiając samotnie stojące lśniące cukrowe pojemniki, wyłaniał się zza owego przedziwnego zbiorowiska, by zbliżyć ku celowi, by wreszcie zaspokoić swą ciekawość internisty. Będąc przy ciasteczkach, sprawdzał ich świeżość, kruchość, ilość cukru będącego posypką, czy też kształt poszczególnych sztuk. Po czym odchodził z nową porcją wiedzy na temat wypiekanych ciasteczek sprzedawanych w supermarkecie i analizował, wracając z pustym koszykiem do domu, czego może się jutro po tym sklepie spodziewać. Czy było warto? Macać ciasteczka w supermarkecie?
A bliziutko od tego wszystkiego, po drugiej stronie tego pięknego kraju siedział w swym domku na kurzej nóżce zasmucony swym niewyobrażalnym i nierealnym stanem klaun. Siedział i płakał po cichu, by nie budzić swych zagipsowanych przyjaciół stworzonych w postaci krów, kaczek czy godzili. Płakał nad losem nie tyle swoim, co całej ludzkości, bo jego pojedyncza niespełniona miłość była niczym w porównaniu z tymi brakami dręczącymi istniejącą ludzkość. Machał swoją ciężką nóżką w żółto-zielonych ogromnych butach, i ronił łezkę malowaną, która mimo bezruchu była tak realna, jak te zagipsowane figurki. W jego skrajnie zielonym miejscu zamieszkania nie było już miejsca na absurd, nie miał więc czym karmić ludzi, nie miał jak zmuszać ich do zabawy. A mimo to wychodził na ulicę, próbował rozbawiać zmartwione ludzkie twarze. Nic z tego nie miał, oprócz kilku niemiłych wyrażeń skierowanych w jego kierunku. Czy było warto? Robić cokolwiek dla ludzkości?
To nie ma być historia o kocie spadającym z drzew, ani o małej osóbce tonącej wśród wodorostów w jakimś małym strażackim zalewie, czy też o depresjach przedpotopowych, tylko bajeczna historia wesołego miasteczka, w którym topione są żale i smutki ludzkiego narodu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz