Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

piątek, 7 stycznia 2011

Szafki i te inne


Porzucona przez niewiernych mężów i czekających nań żon, sąsiadka niejednej wypchanej błahostkami, przydasiami, nazasiami kuzynki meblościanki, oczekująca na choć jedno otarcie rączek z kurzu stała w opustoszałym mieszkaniu Wielka Biała Ona. Szafka Matrona. Czekała. Bo cóż innego robić miała? Kiedyś, w lepszych czasach, za trzeciego francuskiego barona, ukrywała nawet dzbanek! Dzban wypełniony współczesną ambrozją - bimber świeżo upędzony. A teraz, teraz to lepiej nie wspominać. Czekała. Cała ona.

Aż pewnego dnia wyrzucona za bruk, trochę mniej brutalnie niż fortepian Chopina, znalazła się wśród białych ścian, uwięziona. Początkowe oszołomienie sprawiało jej życiowe oniemienie, tak więc i nawet drzwiczek nie uchylała, a kluczyk głęboko, gdzieś tam z boczku, w boczku schowała. I tak stała. Bo cóż innego robić miała? Szafka Matrona. Wśród białych ścian, szaleńców przebiegających, nie stojących jak ona, od drzwi do drzwi szukających schronienia. Mimo świstu, chwistu i czającego się za rogiem diabła Rokitki stała. Cała ona. 

I aż tu nagle! Trach, prach! Dwóm takim do głowy wpadło, by uprowadzić Szafkę Matronę i ukrócic jej życie przygodne. Wyobraźcie sobie! Szafkę Matronę! I nie stała już oniemiała i nie czekała, o wszystkim zapomniała. Zaczęła życie stadne. I kot po niej skacze i dzieci po niej malują, na jej grzbiecie wyrósł kwiat, podlewany co kilka lat, i stoi tak w centralnym miejscu domu. Udając, że jest kominkiem (psst! tego nie zdradźcie nikomu!) Niech i Szafka Matrona myśli, że się ogień w niej pali, że daje ciepło i dlatego o nią tak dbają... A tak naprawdę to szafeczka owa, papier toaletowy wewnątrz w sobie chowa... taka Zuchwała Ona.

Brak komentarzy: