Szare, bezbronne tchnienie słowika
jeden pisk wyduszony z jeżyka.
Kłuje, kole tę swawolę
Cicha gra muzyka
chwila
po chwili
umyka
Skacząc z nogi na nogę
jak kózka kuśtyka
jak bóbr szybko pływa
każdy oddech
dobrze słychać
garść chwil ucieka
nie pamięta wiele
i w tym obraca się dziele
ot,
czym można zamknąć wieka
kufrem czasu jest muzyka
a ta cicho gra
chwila
po chwili
umyka
Słowik, jaskółka, jeżyka, kózka
kufer, czas, bóbr, muzyka
ot,
dopiero tajemnica
nieźle kroi się partycja
chwila chwili
chwilą chwili
zdaje się być
zdaje się żyć
iż jest słowik
głośne zwierzę
iż jest bóbr
pożyteczne
iż jest koza
ta kulawa
iż jest kufer
to niezła sprawa
co ma jedno do drugiego
znaczenie wszystko gubi
nic nie mówić
nic nie czuć
kufer to zabawa
kózka to przestroga
bóbr jak czas odpływa
muzyka jak słowik
tchnienie porusza
to głupota
w jednym dziele
w jednej głowie
milion myśli
jedne oczy widzą wszystko
Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.
wtorek, 20 lipca 2010
Dzień nie ma nocy, noc nie ma dnia.
Nie umiałam wzbić się ponad chmury,
nie umiałam. Stały mury.
Chciałam wzlecieć na skrzydłach,
lecz słońce niewinne mnie cofnęło,
a już potem...
potem minęło.
Bo potem to jest wtedy,
kiedy ziści się za chwilę,
a za chwilę wzbiłam się, wzleciałam,
minął moment,
minęła chwila
i potem nadeszło z hukiem.
Skrzydła, wołania nie pomogły,
nic mądrego się nie zdarzyło,
sens ostatnie drogi zgubiły,
było to prostackie
wzlot i wylot,
wypad.
Jak kamień w wodę rzucony
śpi, nie tęskni, nie szlocha,
spoczywa na dnie,
otoczony przeźroczystą cieczą.
Znalazł swój dom... małymi drzwiami dostał się dlań,
teraz śpi,
dzień nie ma nocy,
noc nie ma dnia.
Chciałabym zasnąć i nie wzbijać się nigdzie,
chociażby do jutra.
nie umiałam. Stały mury.
Chciałam wzlecieć na skrzydłach,
lecz słońce niewinne mnie cofnęło,
a już potem...
potem minęło.
Bo potem to jest wtedy,
kiedy ziści się za chwilę,
a za chwilę wzbiłam się, wzleciałam,
minął moment,
minęła chwila
i potem nadeszło z hukiem.
Skrzydła, wołania nie pomogły,
nic mądrego się nie zdarzyło,
sens ostatnie drogi zgubiły,
było to prostackie
wzlot i wylot,
wypad.
Jak kamień w wodę rzucony
śpi, nie tęskni, nie szlocha,
spoczywa na dnie,
otoczony przeźroczystą cieczą.
Znalazł swój dom... małymi drzwiami dostał się dlań,
teraz śpi,
dzień nie ma nocy,
noc nie ma dnia.
Chciałabym zasnąć i nie wzbijać się nigdzie,
chociażby do jutra.
piątek, 16 lipca 2010
Łza łezkę łzą poganiała, a ta tak bardzo wyjść nie chciała
Mali ludzie biegają na "woleńskich" placach zabaw, gdzie ojcowie, mateczki i dziatki popijając poranne napoje prawie bezalkoholowe, wspólnie toczą ciężkie rozmowy, debaty o podatkach, akcjach, a czasem o pracy. Ci mali ludzie, biorąc z nich przykład, popijają kofeinowe stwory niszczące szkliwo ich jedynej, realnej i pewnej ówcześnie wartości, czyli zębów. Oprócz tego targują się papierkami, będąc jednocześnie małą giełdą warszawską. Kłócą się, kto ma bielszy kołnierzyk i tworzą realne kolejki do koników, bądź do pudełka z piaskiem, które niejeden kot jest w stanie pomylić z kuwetą. I tak wygląda warszawskie przedpołudnie w dzielnicy Woli, gdzie ochota, by coś zmienić, rzadko kiedy dociera. A centrum udaje, że w biegu - leci w tę i z powrotem, w zadyszce, w pocie, duchocie, tłocząc coraz to gorsze szkodliwości. A w starych budynkach akademickich właśnie wylano łzy szczerości, smutku i pragnienia bliskości, przez bardzo cenne wspomnienia.
"Twórcą jest ten, kto coś po sobie zostawia. Zostawił. Dziękuję." Niejeden pogrzeb miał dzisiaj miejsce, niejeden człowiek umarł 4 kwietnia, a my akurat 16 lipca wspomnieliśmy tego jednego. Podarowaliśmy pióro mistrza, nie mogliśmy dać osobiście, daliśmy więc dla niej - matki, żony, kochanki. I łza się pojawiła, bo emocji nie brakowało, choć wiadomą było, że to tylko dla formalności... A szkoda. Obeszło się bez czytania. Bez dwóch zdań o jego miłości. Napisał, umarł, nagrodę dostał. Teraz przeczytamy i nie jeden z nas pokocha go na nowo. Tylko szkoda nam tej pani, która akurat dziś musiała doznać tylu emocji.
piątek, 9 lipca 2010
RPG
Każdy kolejny dzień jest jak z gry rpg,
gdzie wszyscy spotykamy się,
siadamy, ustalamy pionki wiodące.
Każdy z nas jest bohaterem,
każdego wiodą inne cele,
każdy w sobie ma zło,
niektórzy mają dobro.
Jak to w grze rpg bywa,
reguły są jawne, bezpodstawne.
Mamy zagadkę na dziś dzień,
czyja teraz kolejka?
Kto ma przygotować obiadowe igrzyska?
Pionek A, B czy żabka?
Żabka to pole off
z dala od drogi i hałaśliwego tłumu.
Pionkiem A mogę być ja.
Pionkiem B może być Bronek, Baran bądź Dziecko sąsiadów.
Reguły są proste.
Odliczamy, przeliczamy, analizujemy,
kto ostatni był w kuchni gościem,
kto gospodarzem,
kto duchem świętym.
Po czym wkładamy na wyliczoną osobę tysiące talerzy
i każemy karmić stadko wygłodniałych bohaterów,
by każdy z nich miał siłę walczyć kolejnego dnia,
zgrywając twardziela.
gdzie wszyscy spotykamy się,
siadamy, ustalamy pionki wiodące.
Każdy z nas jest bohaterem,
każdego wiodą inne cele,
każdy w sobie ma zło,
niektórzy mają dobro.
Jak to w grze rpg bywa,
reguły są jawne, bezpodstawne.
Mamy zagadkę na dziś dzień,
czyja teraz kolejka?
Kto ma przygotować obiadowe igrzyska?
Pionek A, B czy żabka?
Żabka to pole off
z dala od drogi i hałaśliwego tłumu.
Pionkiem A mogę być ja.
Pionkiem B może być Bronek, Baran bądź Dziecko sąsiadów.
Reguły są proste.
Odliczamy, przeliczamy, analizujemy,
kto ostatni był w kuchni gościem,
kto gospodarzem,
kto duchem świętym.
Po czym wkładamy na wyliczoną osobę tysiące talerzy
i każemy karmić stadko wygłodniałych bohaterów,
by każdy z nich miał siłę walczyć kolejnego dnia,
zgrywając twardziela.
środa, 7 lipca 2010
Garnki, kawa, tytoniu brak
Zrobiono dziś garnkom kąpiel.
Pachnącą, cytronowo-miętową, ludwiczkową.
Umyto również łazienkową umywalkę,
wstawiono szafkę, nie całkiem nową,
secesyjną,
czy każdy stary mebel musi być secesją?
A kubek do kawy?
Z kubkiem do kawy to jest tak, że
można ich mieć tysiące,
a każdego ranka złapie się za ten sam,
by podzielić się z owym kubkiem smakiem kolejnego poranka.
Garnki nie ucieszone, nie znalazły radości z kąpieli umywalki.
Kubek pozostał na swoim miejscu, więc jest zadowolony.
A mebel?
Stanął w kącie, stanęła wieczna secesja,
gdzie dumnie stoi kabina prysznicowa,
kilkuletnia, czyli współczesna.
Pachnącą, cytronowo-miętową, ludwiczkową.
Umyto również łazienkową umywalkę,
wstawiono szafkę, nie całkiem nową,
secesyjną,
czy każdy stary mebel musi być secesją?
A kubek do kawy?
Z kubkiem do kawy to jest tak, że
można ich mieć tysiące,
a każdego ranka złapie się za ten sam,
by podzielić się z owym kubkiem smakiem kolejnego poranka.
Garnki nie ucieszone, nie znalazły radości z kąpieli umywalki.
Kubek pozostał na swoim miejscu, więc jest zadowolony.
A mebel?
Stanął w kącie, stanęła wieczna secesja,
gdzie dumnie stoi kabina prysznicowa,
kilkuletnia, czyli współczesna.
czwartek, 1 lipca 2010
Britta B. w czasie śniadania
Diabelski młyn kręcił niebiańskie koła. Jola machała do Krzyśka, który wymijając się od jej towarzystwa, skłamał o lęku wysokości dręczącym go uciążliwie od dzieciństwa. Elektryczne łódki kołysały się w rytm bajkowej muzyki, wożąc grubych panów i blond piękności z XXI wieku. Samochodziki z antenkami, sterowane jak zwykłe maszyny, gapiły się na nią uciążliwie. Prosząc o wybawienie od kolejnego uderzenia, uderzenia nader bolesnego. Był też składzik z karabinami i mniejszą bronią. Baloniki napompowane wodą, czekające na odratowanie poprzez zestrzelenie. Miała wrażenie, że tylko wyczekują miłego momentu zakończenia lateksowego żywota. Myślała, że to składzik, bo nikt nie podszedł, nikt nie bawił się wojennymi zabawkami. A przy torze karvingowym stało tak wielu gapiów. Kibicowali głośno, mimo że od początku wyjazdu, widać było kto wygra te wojaże, nie przeszkadzało im nawet błoto ochlapujące ich rozochocone twarze. Dzieci przy tym całym zamieszaniu wolały się upaprać lodami kulkowanymi i cukrową watą koloru różowego lub gumisiowego. Rodzicom szczęśliwym do głowy to nie przyszło, że dzieciom to wcale nie służy, wręcz przeszkadza skupić się na ich pojedynczych, porządnych zabawkach domowych. Dzieci tego czasu są wręcz rozrywane, by podołać wszystkim zabawom. Czasami można było odnieść wrażenie, że te wszystkie atrakcje to dla rodziców, nie dla dzieciaków - zmęczonych, zapłakanych, tupiących spuchniętymi od chodzenia nóżkami. Rodzice, bowiem, przechadzali się z towarzystwem nadzwyczaj ukontentowani, z prawdziwymi uśmiechami na ich ponurych zazwyczaj twarzach. Na końcu tego wielkiego zamieszania stał zamek zrobiony z kartonu. Zamek był ogromny, straszył wszystkich przechodniów. Dzieci się nie bały, dzieci już nie takie rzeczy w życiu widziały. Gorzej z rodzicami, którzy nawet jak oglądają w domowych zaciszach „Piątek 13-tego” to boją się trochę bardziej od przeciętnego dziecięcego widza, krwawo walczącego na polach bitwy z żołnierzami o nieludzkich często twarzach. Zamek Strachów, bo tak się prawidłowo to miejsce nazywało, miał to do siebie, że dozwolony był właśnie od lat szesnastu, co oznacza jednocześnie, że dzieciom wstępu wzbroniono. Jakby wiedziano, że one akurat najmniej dadzą się nabrać. Jednak to dzieci nie zadowalało – jak to zabronione? Jak to od lat szesnastu? Przecież to wesołe miasteczko dla dzieci właśnie. Bunt trwał od rana. Płacz, tupanie nóżkami, które potem tak bolały, zaciskanie piąstek i czerwienienie znudzonych policzków towarzyszyło temu miejscu nieustannie. Co drugi rodzic próbował przekupić strażnika, aby ich dziecku nie zabraniano, przecież pan strażnik sam widzi, że to już całkiem dorosły chłopiec/dorosła dziewczynka. Ten jednak stał nieugięcie niczym żołnierze brytyjscy ozdabiający królową. Z pewnością to wesołe miejsce stworzone zostało dla cierpliwych ludzi. Dla takich jak Britta B. w tej chwili.
Otworzyła oczy. Spojrzała ku górze, uspokoiła się. Plamka jest na swoim miejscu, nie zgubiła się w ferworze wesołego miasteczka. Gdzieś z boku dochodzą do niej dźwięki tłuczonego szkła. Szkło powoli spada na posadzkę, dając ten klasyczny dźwięk szkła uderzającego o ceramiczną kafelkę. Powoli rozbryzgują się szczątki, małe kawałeczki stłuczonej przed chwilką materii, rozbryzgują się w każdą stronę z lekkim poślizgiem, ze świstem uciekającym od środka miejsca upadku ku kanapie, na której Britta B. nadal siedziała wtulona. Wtulona i wpatrzona w plamkę na suficie, niedoskonałość sztuki malarskiej owego młodego malarza odświeżającego jej stare mieszkanie. W wesołym miasteczku było strasznie, nadal jej myśli poganiają obrazki stworzone przez senną zmorę. Przez spokój emocjonalny podąża Britty B. dusza. Podąża, jednak co najmniejszy zakręt się gubi i woli wracać do swojej plamki, do plamki będącej jej schronem, przyjacielem i katuszą. Ma nadzieję, że to kot. Ale to nie był kot, to mamusia. Przygotowując jej piąty zestaw śniadaniowy, którego i tak nie zje, upuściła szklankę, która była kiedyś pojemnikiem Nutelli, a teraz była zwykłą szklanką, choć wszyscy twierdzili, że była jej ulubioną.
Tylko ta plamka ma teraz sens. Tylko ona. Już nic więcej jej nie bawi. Wchodząc rano do kuchni, jeśli już wstanie, szuka jej nieustannie. A gdy ją znajduje zawsze ma wrażenie, że była w innym miejscu, w innym stanie. To jest jej słodka tajemnica. Ona i plamka w tym dużym mieszkaniu, zamiast pracy i jakichś dochodów. Lecz to jej nie przeszkadza zupełnie. Jeśli miałaby wybrać pomiędzy nakarmieniem kota, a pogłaskaniem plamki, pogłaskałaby plamkę, choć kotem nie przywykła była gardzić. Teraz… teraz to i kot nie ma znaczenia.
Żona swojego męża. Córka swojej matki. Właścicielka swojego kota. Kochanka swojego kochanka. Cały świat należy do niej. Łącznie z tymi firankami zakupionymi w drogim butiku, wyglądającymi na przyszłoroczny trend Ikei. Wtulona w tą puszystą kanapę, owinięta włochatym kocem, wysłuchuje serenad dochodzących z kuchni, których nawet bite szkło nie było w stanie zagłuszyć. Britta ma dość ich marudzenia. Wolałaby zostać z plamką, więc mówi światu do widzenia. Tak jej się wydaje, bo nie jest w stanie odebrać sobie tego, co inni nazywają jej życiem.
Nie mogłaby zostawić swojego kota. „Tego nie robi się kotu.” tyle zapamiętała ze szkolnej ławy. A Adam? Nie pomyślała o Adamie. Adam jako biblijna postać jest zbyt idealny, by móc o nim myśleć. Wyszedł z raju, by z nią tworzyć coś między piekłem a niebem. Idealny mąż mający reprezentacyjną żonę, ciemny samochód i układną, niewymagającą kochankę. To Adam widziany oczami swej żony. A Adam nie lubiący chodzenia po kuchennym blacie to Adam widziany oczami swojego kota. A prawdziwy Adam jest nawet sobie nieznany. Zagubione dziecko, za szybko zebrany jako dojrzały owoc mizernie utkanej sieci rodziców.
Nie dadzą sobie z nią rady. Mamusia stanęła w przejściu do salonu. Ujrzała tą wielką kanapę i ją, Brittę w nią wtuloną. Wpatrzona w sufit wyglądała jak kawałek bladego mięsa, drobiu któregoś, powęzia jej stanowił koc, trzymający tę kupę w całości. Mamusia zaraz by coś upuściła, taki jej urok wyniesiony z przeszłości. To roztrzęsiona kobieta była. Wiecznie niezaspokojona, wiecznie nie mogąca utrzymać bezpośredniości kontaktu. Czuła, że to była jej wina. To całe otępienie, ten cały brak radości. Ale Britty przecież nie dotknął całkowity brak możności odczuwania radości, przecież plamka ją cieszyła! Zapomniała tylko mamusi o tym powiedzieć. Zrobiła krok do przodu, taca zadrżała, jej bucik domowy przesunął się o centymetr po nierównym parkiecie. Musiało to być przyjemne doświadczenie dla bucika, jak i dla tacy. Ten wspólny ruch, współodczuwanie, współumieranie.
Kot będący kotką Britty B.
Cztery łapki wtulały się między kratki, drapały o metal pazurki, nie znalazły bowiem dzisiaj swojej Wiewiórki. Wiewiórka, kot sąsiadów, zdradził dziś Kota Britty i Adama. Kot, będący kotką głównie Adama, zaczepiał Brittę od samego rana. A to żeby już dostać tę śmietankę do kawy, żeby trochę polizać z rana, a to żeby wyjść póki Britta jeszcze nieuczesana… A Britta nic. Nagle zamarła, usiadła przy kubku kawy i nic. I siedzi. I nic. Więc wyszła kotka taka zadumana i przeoczyła biegnącą do niej Wiewiórkę, którą zdmuchnęła toyota, bo w środku siedział… idiota. Kot tego nie zauważyła. Wróciła do domu, usiadła przy stole, gdzie Britta mieszała palcem w mięsie mielonym i stęskniona łaknęła pieszczoty albo chociaż śmietanki. Nie dostała nic. Britta dalej siedziała zamyślona. Nieuczesana. Nie poszła do pracy? Kot patrzy zdziwiona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)