Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

sobota, 22 października 2011

Stosunki polsko-rosyjskie

Debata trwa. A raczej konferencja. Taka pokaźna, zaawansowana technologicznie. Mikrofony łączące z tłumaczami symultanicznymi, zmieniają się jak w teatrze, prawie że lalek. Na uszach czarne kółka, nie tylko od słuchawek. W oczach znużenie. zmęczenie, mało kto wziął zmianę czasu pod uwagę. I to słońce takie wysokie, blendowane przez wielkie chmury. Wszystko takie płaskie i równomiernie oświetlone, a przecież co rusz to napotykamy wielkie monumenty. 
Widzieliśmy łzy wojenne stworzone z kryształów, tak jakby były tak cenne. Jakby bez nich estetyka tego obrazu była nie do przyjęcia. Wielkie obrazy wybuchu i rozlewu krwi nie pokolorowały rzeki, a wszystko przecież toczyło się przy jej samiuteńkim brzegu. Ona nadal pozostaje niebieska. I te gołębie i inne ptactwo pospolite, niczym się nie wyróżniające, okrążające pomniki chwały, triumfu, mocy i wielkości...
A tu bez rzeczywistej zmiany czasu, na takiej sali czas zatrzymuje się przy pierwszym rzuconym słowie - zaczynamy. Teoretycznie toczy się panel dyskusyjny nad wyraz kulturalny. Panel sąsiedzki. Panel o wartości co chwilę w każdym głosie docenianej. Trzeba rozmawiać. I mówić sobie wzajemnie jak to dobrze, że mogliśmy się spotkać i wymienić tak wiele cennych uwag dotyczących wzajemnych stosunków. Gościmy się u was, z pewnością was "wygościmy" z podobną zawziętością działania. Z wzajemną przyjemnością, podkreślamy. 
A przy okazji zauważymy, że sytuacja się poprawia. Taki Staś z ekonomii waszego ekonomiczeskiego uniwersytetu, przeczytał dzieło współczesnego pisarza polskiego L. Wiśniewskiego. A wy? Co wy przeczytaliście? My zrobiliśmy festiwal, nie jeden, promujący waszą kulturę. Przychodzą ludzie, oglądają. Nie pytają, bo wiedzą. Zapijają. Zjeżdżają się z całej Polski. Upowszechniają, używając trudnego słownictwa. 
A tu, bezsilne ręce trzymające pióra, dyskutują. Jeszcze dają radę z tym trzymaniem. Seminarium naukowe. Cieszymy się, że dostaliśmy zaproszenie. Jak wrażenia? No super, oczywiście. A stosunki? No lepiej. 
I tak do wieczora. Z uroczystym lunchem, oczywiście. 
A chłop polski czyści już kombajny.Sprzedaje swoje złoto. A babuszka rosyjska dalej wyszywa walonki, które długo jeszcze nie wyjdą z mody. Walonki na lat 200 lub 300, na kilka pokoleń, unowocześniona technologia o gumowe nakładki przeciwdeszczowe. Chłop by marzył o takich walonkach, jednak to nie jego tradycja. Babuszka pewnie chętnie by upiekła ciasto z prawie swojskiej mąki. Ale mąka się skończyła. A do szkoły podstawowej przyszedł kot bez nogi. Urwano mu ją w czasie zamieszek, polsko-rosyjskich zabaw dziecięcych. Te przygraniczne dzieci z dualną tożsamością narodową, której określenie wymaga okrucieństwa i pewnych sposobów terrorystycznych, ciągną za drugą nogę kocią, nie wiadomo do której nacji przynależącą. 
Dyskusja trwa. Nadal. Kot bez nogi, na całe jego szczęście z bólu nie odczuwa już głodu. Wymarły wszelkie instynkty. 

Brak komentarzy: