Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

środa, 19 stycznia 2011

Cry Like a Baby

To jeden z tych dni, które ukoić może ciepłe i miękkie futerko rudego kota. Czarnego troszkę mniej, kolorowego troszkę bardziej, rudego a w sam raz. Dzień, w którym śnieg mieszający się z deszczem tłucze w niedomknięte okna po kilku godzinach prawdziwego natarcia wiosny. Dzień, w którym myśli uciekają nie trzymając się ostatnich desek ratunku. Kładąc głowę obok mruczących wąsów i słodko domykających się ocząt, świat wiruje dookoła, a myśli ten świat próbują dogonić i budzi się pewnego rodzaju niepokój i innego rodzaju niż zwyczajnie - euforia. Oczy zaczynają się same śmiać, usta cieszyć, w głowie synapsy tańczą tango. A potem rudy kot wstanie z łóżka, przeciągnie leniwie jedną nóżką i powie wszystkim: no to cześć. I wszystko wraca do bałaganu i histerycznych historii opowiadanych przez bajkopisarzy, którzy pouczać chcą nas, nie wiedząc z kim mają nierozegrane sprawy, wtykając nos nie tam, gdzie nos wtykać się powinno. I tak w kółko. Tango i rumba, salsa i walc. A wszystko to pod jednym szyldem: życie.


poniedziałek, 17 stycznia 2011

Bosa Osa Rosa




Zasapał się
manekin,
zasapał się wdzięcznie, wszystko w oczach mięknie, przybyła tu dziewczyna, taka trudna do rozgryzienia była jej
mina,
zagadkowo spojrzała na
manekina,
ah! Cóż za cudna to była dziewczyna!
Manekin
przemaszerował szeroką zaokienną szosą, a ona okazała się być
osą!
Oso Osa! Bosa Osa! Osa i Rosa! Ah! Cóż za cudna to była dziewczyna! Manekin
wytępił szkodników szeregi, powziął też w biegu taktykę działania znaną pod hasłem nawoływania. Więc zaczął swe dźwięki, mało bystre jęki wydawać w kierunku jej
wdzięku,
wtedy to dopiero zaczęły się męki. Bosa Osa Rosa Oso Osa spostrzegłszy amanta
bez żywego oka, poczęła uciekać w kierunku wrót do zielonego forda, a tam kolejna wpatrzona w nią, tym razem bardziej żywa,
morda!
Za szklaną powłoką gaśnie
manekina
ochota, jak gasną sklepowe lampiony, a
pan sprzedawca
wraca na obiad do swej przecudnej, zdobytej dosyć dawno, gruszkowej żony.   

sobota, 8 stycznia 2011

Gdzie ci mężczyźni? Feministyczna myśl o miłości blondynki

GDZIE CI MĘŻCZYŹNI?

Milos Forman stworzył dzieło niezwykle ważne – opowiedział bowiem prostą historię o miłości. Spójna, prosta w środkach, zabawna, czego chcieć więcej? Nie znajdziemy w niej happy endu, nie znajdziemy też łez i rozpaczy.
Kiedy Andula poznaje młodego pianistę Mildę porzuca ówczesnego narzeczonego i pod wpływem lekcji dobrych manier dziewczęcych (co kobiecie wolno, a co nie wolno) ucieka do Pragi, by odnaleźć swą miłość. Miłość nie tyle prawdziwą, co wyczekaną, bowiem wszystkie dziewczęta z prowincjonalnego miasteczka komunistycznej Czechosłowacji wyczekiwały miłości, która mogła przypaść jedynie na co szesnastą kandydatkę. Statystycznie rzecz przedstawił nam dyrektor fabryki obuwia, w której pracowały wszystkie kobiety mieszkające w owym miasteczku i okolicach. Na 16 dziewcząt przypadał jeden mężczyzna. Rzecz niesłychanie trudna do rozwiązania, ale nie dla Formana, który postanowił, że dyrektor zaprosi cały garnizon wojska na wieczorek atrakcji dla wytęsknionych panienek. Jak postanowił, tak zrobił. Oczekujące miny podekscytowanych pracowniczek fabryki, podobnie jak i dyrektora, który stanął w roli dyrygenta nie mogły pozostać widzom obojętne. Jednak plan spełzł na niczym, gdyż wojsko wysłało cały garnizon łysiejących, tyjących panów, głównie mężów, przed 40-ką. Dziewczyn to ewidentnie nie usatysfakcjonowało. Szereg pomyłek, szukanie zaginionych obrączek pomiędzy roztańczonymi nogami, stawianie wina nie przy tym stoliku, który wskazywali stawiający, miłosna noc Anduli z pianistą... cały smak mistrzowskiej komedii romantycznej. A to był jedynie pretekst dramaturgiczny do ukazania goniącej za ukochanym Anduli oraz całego środowiska gnuśniejącego miasteczka.
Fabularne rozwiązania historii Anduli połączone z dokumentalnym charakterem zdjęć tła, czyli środowiska życia prowincjonalnego komunistycznego miasteczka głębokiej Czechosłowacji dają nam poczucie wiarygodności. Prostota używanych środków inscenizacyjnych tylko ów naturalizm wzmaga. Podobnie jest z postaciami, w które nie wcielili się aktorzy zawodowi, a naturszczycy, sprawiający mimiką i gestami, że czujemy się niczym podglądacze ich spokojnego życia. Oni pokazują nam swój świat, a my myślimy, że oni nas nie widzą...
„Co to za wieszanie ubrań na drzewach? (…) Tak nie można! Ubrałaby pani cały las!” absurdalnie prawdziwe zdanie padło z ust strażnika leśnego – jednego z niewielu mężczyzn zamieszkujących około fabryczne terytorium. Przywołane zostało w trakcie nocnych pogaduszek młodych pracowniczek fabryki, zaraz po piosence o miłości od pierwszego wejrzenia, która razem z ostatnim motywem gitarowym jest klamrą fabularną całej historii. Nocne pogaduszki z początku dotyczą zaręczyn Anduli, które zerwała z własnej woli, są bardzo podobne do tych pogaduszek zamykających, podczas których to zawrócona z praskiego raju Andula snuje marzenia kiedy znów odwiedzi ukochanego... Dziewczyny marzą i tęsknią do miłości, bycia kochanymi, a mężczyźni im tam gadają o ubieraniu lasów czy też rytuałach godowych jeleni.
Wspólna noc musiała się zdarzyć, w końcu to komedia romantyczna. Zdarzyły się aż dwie. Każda z nich nietypowa na swój sposób. Pierwsza, kiedy to Milda wykorzystując naiwność Anduli, wróży jej z ręki nieciekawą przygodę z trzema mężczyznami w lesie i proponuje, że nauczy ją samoobrony. Padają w swych objęciach, wstają rozdzieleni, po wszystkim, czyli po całej nauce, Andula kopie Mildę w goleń, ot tak, po prostu kopie, a ten pada powalony na łóżko, cierpiący jak to mężczyzna najlepiej potrafi. Andula skruszona siada obok i odwzajemnia pocałunek swej ofiary. Ta przezabawna zamiana miejsc jednym może się skończyć – powodem do późniejszych wyrzutów sumienia. Czarująca nieumiejętność zasłonięcia złośliwego okna, te kłótnie nastolatków „nie mam dziewczyny w Pradze, nie mam dziewczyny w Pradze, nie mam dziewczyny w Pradze” i nie trzeba nic więcej pokazywać. Drugą noc jaką warto zapamiętać to noc po odnalezieniu domu Mildy przez Andulę spędzona pod dwoma pierzynami w rodzicielskim łożu, z tymże Andula w tej scenie śpi w łóżku ukochanego sama, a Milda ze swoimi rodzicami, głównie z irytującą matką prawiącą niezrozumiałe dla niego morały.
Pod względem intensywności oddziaływania film ten góruje w moich statystykach. Oryginalność opowiedzenia historii o miłości...To tylko Forman potrafi tak schować mężczyzn i nieszczęśliwą Andulę postawić w oczach jej koleżanek w roli szczęściary. A że życie jest złudzeniem to każdy wie.  

piątek, 7 stycznia 2011

Szafki i te inne


Porzucona przez niewiernych mężów i czekających nań żon, sąsiadka niejednej wypchanej błahostkami, przydasiami, nazasiami kuzynki meblościanki, oczekująca na choć jedno otarcie rączek z kurzu stała w opustoszałym mieszkaniu Wielka Biała Ona. Szafka Matrona. Czekała. Bo cóż innego robić miała? Kiedyś, w lepszych czasach, za trzeciego francuskiego barona, ukrywała nawet dzbanek! Dzban wypełniony współczesną ambrozją - bimber świeżo upędzony. A teraz, teraz to lepiej nie wspominać. Czekała. Cała ona.

Aż pewnego dnia wyrzucona za bruk, trochę mniej brutalnie niż fortepian Chopina, znalazła się wśród białych ścian, uwięziona. Początkowe oszołomienie sprawiało jej życiowe oniemienie, tak więc i nawet drzwiczek nie uchylała, a kluczyk głęboko, gdzieś tam z boczku, w boczku schowała. I tak stała. Bo cóż innego robić miała? Szafka Matrona. Wśród białych ścian, szaleńców przebiegających, nie stojących jak ona, od drzwi do drzwi szukających schronienia. Mimo świstu, chwistu i czającego się za rogiem diabła Rokitki stała. Cała ona. 

I aż tu nagle! Trach, prach! Dwóm takim do głowy wpadło, by uprowadzić Szafkę Matronę i ukrócic jej życie przygodne. Wyobraźcie sobie! Szafkę Matronę! I nie stała już oniemiała i nie czekała, o wszystkim zapomniała. Zaczęła życie stadne. I kot po niej skacze i dzieci po niej malują, na jej grzbiecie wyrósł kwiat, podlewany co kilka lat, i stoi tak w centralnym miejscu domu. Udając, że jest kominkiem (psst! tego nie zdradźcie nikomu!) Niech i Szafka Matrona myśli, że się ogień w niej pali, że daje ciepło i dlatego o nią tak dbają... A tak naprawdę to szafeczka owa, papier toaletowy wewnątrz w sobie chowa... taka Zuchwała Ona.

czwartek, 6 stycznia 2011

Zwykła, zadowolona, szczera mina.

      Pisząc o tym co jest, a czego nie ma, uruchamiając ludzkie emocje, akcje - reakcje, za każdym razem sięgamy po swoje doświadczenia, rany z przeszłości, a prawie nigdy nie sięgamy po te ów drobne radości... Nie piszemy o tym co nas cieszy, co sprawia nam przyjemność, ale o tym co nas boli, co uwiera. Bo nikt przecież nie chciałby czytać/słuchać czy też wierzyć w to, że radość daje chwila leżenia w puszystym, bialutkim śniegu w środku szczerego pola. Bo po co komu takie informacje? Przecież to nie jego/jej radość/chwila euforii... Uczę się nie tyle odczuwać drobnych przyjemności, ile dzielić się nimi z innymi. To nie jest łatwe. Łatwiej na pewno jest zarażać smutkiem, zgorzkniałą miną. Tej zawsze szybciej widzimy skutki, niźli tej radującej się miny, tego małego emotikonu :-) Zwykła, zadowolona, szczera mina. 

Pomimo bólu głowy, anginowego bólu gardła, ciężkostrawnego antybiotyku, uśmiecham się dzisiaj. Tak po prostu, po to żeby się uśmiechać i mieć zadowoloną minę. A wnet nadejdzie czas, kiedy ów mina zarazi to, co siedzi w środku, to, co teraz ugina się na niepomalowanym od zeszłego lata, płotku.

środa, 5 stycznia 2011

Hu hu ha


























Hu hu ha, biała zima nie jest zła. W szczególności, gdy można się nią niezakłócenie cieszyć w otoczeniu ciasteczkowych rzeczek, lasków i walących się PGR-ów. Lub tarzać się w śniegu ze śmiechu...