Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

poniedziałek, 30 maja 2011

Nowy czas.

Czas bywa przeszły i niedokonany. Bywa też zabawnie teraźniejszy. Przyszły niemile jest widziany. Lepiej o przyszłym nie pisać epopei, ani limeryków, ani nawet śpiewnych wierszyków. Czas płynie nieubłagany i zbiera plony tylko z minut wykorzystanych. A niewykorzystanym pozostaje jedynie płacz i zgrzytanie zębów. Kirsten Lowe wykorzystuje swój czas niedoskonale. Wiele elementów mogłaby poprawić, nad wieloma mogłaby się ponownie zastanowić, ale jednak... Rzuciła czasem w ciemny kąt, legła na podłodze, oglądając ruchy kocie z pozycji poziomej. Leżąc tak mroziła swoje myśli chłodem zastałych kafelek. Tak jakby nikt po nich od dłuższego czasu nie chodził. Tak jakby były całkiem niewykorzystane....

niedziela, 22 maja 2011

Śmiertelne porachunki

       Miewała gorsze dni, w których umierało jej jedynie dziecko albo mały pies. Ten nie był najgorszy, chociaż nawet ziółka z płatków żarnowca nie mogły uspokoić jej rozdygotanych dłoni i podekscytowanego serca. Kolejny pierwszy dzień miesiąca przyniósł jej kolejną śmierć starca zza wzgórza. Dopóki umierają ci z jej doliny, nie dręczą jej wyrzuty sumienia, jednak gdy umiera ktoś spoza, ktoś kogo przygnały prądy dobrych wieści do jej małej chatki, wtedy zaczynają ją gryźć chochliki samoudręczenia....
            Od lat pracowała na własną opinię. Zasłużyła na dobre recenzje. A jednak, czasem i recenzje mędrców czy uczonych zawodziły śmiertelników. Nieuleczeni, skazani na banicję z doliny, odchodzili w niepamięć kopiąc swoje mogiły z dala od jej małej dziupli, do której wstęp miały jedynie wiewiórki i mała dziczyzna. Leżała w pozycji półsiedzącej dzierżąc i licząc najbardziej przydatne liście. Bo nie wszystkie liście wg niej dają odpowiednio czyste powietrze. Całe szczęście igliwie jej nie interesowało.
            Baruszka w czasie lepszych dni liczyła kolejne dusze. Sprawiały jej radość liczby rosnące co  trzy, kolejne trzy, kolejny trzy, kolejne trzy.... 3, 6, 9 ... 33, choć do takiej liczby rzadko dochodziło. 33 dusze na jeden dzień, tego żaden chrystusowy na krzyżu by nie przeniósł. Nie było na co liczyć. Zadowalała się więc trójkami, szóstkami, dziewiątkami. A kiedy nie dobijała do trzech, liczyła oddechy jednostek. Ostatnie tchnienia, co dziwne, zwykle były miarowe i parzyste. Starszy pan z Aklemanu wydał sześć dużych tchnień i cztery świsty. Dziewczynka z Breton wydała dwa małe, młode świsty i żadnego tchnienia. Widać w starszym panu więcej było witalności umierania niż w małej dziewczynce z Breton. Baruszka ani przy jednym, ani przy drugim się nie wzruszała. Śmierć była dla niej jak narodziny, tyle że te szły w odwrotną stronę. Przy narodzinach na świecie jedno wolne miejsce zostało zajmowane, przy śmierci zwalniane. Przy śmierci, tchnienia i świsty ewidentnie kończyły egzystencję, przy narodzinach, te same objawy ją rozpoczynały. A dla Baruszki narodziny były tak samo ważne, jak i śmierć. Bez nowych istnień jej worek dusz nie powiększał by się zbytnio, jej rola mogłaby całkiem zaniknąć, a to skazało by ją na wieczne odpoczywanie. A tego z pewnością nie chciała Baruszka.
            Do jej ciemnej doliny nadchodził ktoś, kto nie dyszał, ani nie sapał, ani nie był przeźroczysty. Pochowały się wiewiórki, uciekła mała dziczyzna, zadudnił sarni tętent kopyt. A, i zarżnął koń w oddali. Szedł ktoś w jutowym worku, kogo zwiódł zapach płatków żarnowca. Ktoś, kogo Baruszka najmniej się spodziewała. Obcy, spoza doliny, kolekcjoner ostatnich westchnień. Przybył z misją ukojenia, ale też poczuł, że w tej dolince odnajdzie to, czego mu trzeba. Martwe dusze zbierał Cziczikow, przybysz w jutowym worku zbierał ostatnie westchnienia, Baruszka jedynie liczyła i jedne i drugie.
            Jak się okazało, Baruszka oprócz swej pozornej szczęśliwości egzystencji starej zielarki, posiadała w sobie nieziemski niepokój, wewnętrzne drgania burzowe, które nachodziły nie tylko z kolejnymi informacjami przynoszonymi przez pobliskich tubylców, ale też, co gorsza, przychodzące z zaświatów. Jakaś większa siła, ni to Bóg, ni bożek, raczej wielki stwórca ziemskich stworzeń nadał jej prawo decydowania o życiu dziewczynek z Breton i starców z Aklemanu. Bywały takie dni, w których do jej zielarskiej dolinki nie przychodzili zagubieni w swej śmiertelności ludzie. Nie mieli po co umierać, widocznie nikt się nie rodził. A może to z powodu kolejnego wesela? Jak się ludzie weselą, to rzadziej nachodzi ich ochota na umieranie. Dumne uśmiechy tak samo jak i te liche, płoche czy głupawe, potrafią poruszyć ziemią tak, by wokół dolinki urósł wał piaskowy, tak, aby żaden śmiertelnik nie miał ochoty przez to owo przechodzić. Tym razem żaden wał piaskowy nie pokazał się na horyzoncie. A dłonie Baruszki dygotały z nieszczęścia. Czego chce od niej przybysz ni to z zaświatów, ni to z pobliskiej wioski? Żeby chociaż był postacią z bajki…
            Okrążał sypiącą się bluszczową chałupę, łamiąc gałązki świerkowych pozostałości. Obserwował liczącą nadające się do użycia liście Baruszkę, zgarbioną śmierć siedzącą na niepewnym stołku drewnianym, niby takim solidnym, a jednak już czekającym wymiany. Chował się za chudymi drzewami, terroryzując małą kobitkę skrzywionymi spojrzeniami. Nie ma nic gorszego od niepewności. Śmierć jest pewna jak nic innego, nie ma innej tak doczesnej rzeczy, która byłaby tak pewna. Stąd te wyniszczające Baruszkę burzowe niepokoje. Nienawidziła zawieszenia. Wisieć w powietrzu i nie znać momentu upadku. Zarwał się stołek. To nie byle gratka. Uciekła Baruszka do bluszczowej chałupki, ściągając największe moce ku pomocy. Zamknęła się w strachu kostucha. Nadszedł bowiem jej zmiennik. Nadszedł czas na nową jakość śmierci. Młodszą, silniejszą, bez zbędnych porad zielarskich. Zbyt dobre serce i zbyt wiele ukojenia miała w sobie starucha, by bawić się w wiejską doktórkę do spraw umierania. A Cziczikow dalej pełzał po okolicznych gospodarstwach skupiając martwe dusze…  
            

środa, 18 maja 2011

Długie spacery i różowe rowery

Gdyby tak każdy różowy rower miał skrzydła, spacery odeszłyby w niepamięć. Długie spacery doprowadzające najbardziej nieposkromione myśli do formy jedynkowej, będące w stanie poruszyć przechodnia, bądź przestraszyć najbardziej ospałego kota. Spacery po łące, po trawie, w poczuciu nieświadomej umysłowej zabawy. Spacery na trzy cztery po dwa i pół kilometra na dzień. Na ostatnim gwizdku, ostatnimi siłami powłócząc ciężkimi nogami, owe spacery odejdą w niepamięć. Zostanie rozpęd, nieostrożne ruchy kierownicą, szeleszczące błotniki, drżące przerzutki ulgi. I z górki i pod górkę, i dwadzieścia pięć na prawą. By szybciej, by dalej, oby tylko nie musieć naokoło. A tu pojawia się refleksja, że na wszystko jest w życiu czas. Na dni bezpłodne i płodne, na dni senne i miękkie, mniej senne i bardziej na temat. I od różowego roweru odpadną skrzydła, pozostawiając myśli na łaskę orłom, wydziobującym każdą wątrobę z istoty ludzkiej. Zostaną dwie nogi, dwie ręce i ten paskudny niepokój, czy dotrę na miejsce na określony czas?

piątek, 13 maja 2011

Za pewne

Tupiących nóżek tysiące, wspomnienia mylące... poślizgnięciem metylowym zajechali karocą pod ambasady wrota. Taka naszła ich ochota. Jednak niemało do szczęścia towarzystwo potrzebowało, więc nigdzie się zadomowić nie zechciało. Wszystkiego było mało i mało. I muzyka nie w rytm bryka, i ściany bez zmiany, i zamknięta wygódka, a tak często lała się wódka. Na dworze zimno, w środku zbyt duszno. Wszędzie nudno i nudno. I tak mało butnie, mało rezolutnie, wrócili do domu pompować balony. Nie wytresowali żadnej mrówki. Nie rozwalili ani jednej główki. Kapuście się uchlało. Za kark się nie wylało. Ot. Zadośćuczynienia sobotnie łuskanie grochu bez zapytania odbędzie się w mroku i w amoku.

środa, 11 maja 2011

Chodź do mnie życie, kościotrupio chude, chodź.

Nie każdemu przytrafiają się drobne pomyślności i głębokie przemyślenia. Nie każdemu dobrze z oczu patrzy. Ale każdy kiedyś żył w innym wcieleniu, z każdego płynęła krew panny d'Arc, ojca Piłsudskiego czy witalność człowieka pierwotnego.

Drobne przyjemności, małe iskierki uśmiechów szybko fruwających ptaków znad głębokich jezior. Zatopić się tak w otchłani zgubnej nadziei. Oddać się chwilowym mroczkom krążącym wokół głów kotów, rybek, żabek, wdów i wnuków. Zamieszkać na odległej planecie Ziemia, tak odległej aż tchu i kilometrów brak. Tresować mrówki, sadzić ogórki i łuskać groch. Łuskać, aż się wyłuska. Łuskać bez zbędnych pytań. Czekając, aż mrówka zapyta: a teraz dokąd? A nóż, szpak się nad nią ulituje i wskaże odpowiednie miejsce.

Tylko żeby matki nie widziały jak ich dzieci płaczą. Tam mrówki mają iść, gdzie matki nie widzą. Tam gdzie szkaradne oczy płazów i gadów są w stanie przesłonić wewnętrzne tony i hormony. Ale czy szpaki o tym wiedzą?