Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

wtorek, 2 października 2012

Pomilczmy razem

Milczysz.
Niczego nie zwiastujesz.
Donikąd to milczenie.

Bujam się na gałęzi,
kasztany wszystkie już spadły.
Zawiało, powiało.

A ty milczysz,
okropnie.

Bez miary umysł
wariuje.
Bez wiary świat
cuduje.

Bujam się na gałęzi
deszcz leci z chmury.
Leci, leci i pęka.

A ty milczysz,
udajesz wariata.

Bez szału świat
zawędrował
pomału.
Nikogo nie woła.



belgia, antwerpia





czwartek, 19 kwietnia 2012

Wygrani zbierają plon

Każdy może wejść na wieżę i poruszyć dzwon. Każdy może przebiec skrzyżowanie na czerwonym świetle. No może. Kropek mógłby też, gdyby nie był kropkiem.

Tablica korkowa patrzy, bo cóż ma robić innego, gdy nie zawiera żadnych informacji? Ani jednej bzdurnej, a-wykonalnej zapiski. Nic. A mogłaby przypominać, a nie tylko patrzeć. Kot śpi, mógłby myszy łapać. Ale mysz tutaj się nie dostanie, a w zoologicznym zbyt wygórowane ceny. Pies sąsiadów boi się. Bo cóż innego robić może?

 Z braku laku kota pociąga komputerowa mysz. Tablice zieją gnębiącą pustką bezrobotnych, a lotnych. Gdy spuszczają psa z oczu, pies zaczyna jeść.

Gdyby kropek nie był kropkiem, kot nie spałby dziś, pies nie jadłby po cichu, a mysz sama by się danym miejscem zainteresowała. Tablice korkowe byłyby pełne zalewających konsumenckimi propozycjami, sięgającymi języka kultury, informacji.

Ale nie są. Kropek jest nadal kropkiem. A nie każdemu się marzy walenie w wielki, żeliwny dzwon.

p.s. Policji u nas bez liku. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Farmazony pewnej żony



Siedziała taka pani w wielkim kapeluszu na brzegu klifu o wdzięcznej nazwie łoś. Prażące słońce oślepiało kolejne godziny, sprawiając, że miło nam płynął prąd. O samiutki brzeg klifu obijała się drewniana łódka, wystawiając w ten sposób stare modły na próbę albo zgubę. 

Długo jeszcze nie pęknie, twarda to sztuka obijająca. Za każdą falą pojawiał się płetwal ostrzegający. Zatoczył trzy kółka hop hop i pociągnął za koniec lewego sznurka, łup łup. 

Zaraz nad klifem osadził się dom, trzy kolumny, wysoki ton. Brązowy kamień, a pod kamieniem on. Siedział spłoszony ogrodnik domowy. Dla pani w kapeluszu zabił atrakcji dzwon. Zabity doszczętnie, wiedziony na rzeź, zapamiętał jedynie, że ostrzeżenie lądowe miał nieść. 

Długo jeszcze nie pęknie, twarda to sztuka zabijająca. Za każdym wzniesieniem pojawiał się ogrodnik ostrzegający. W zatoczkę się wtoczył, zapuścił też wąs. Dobry byłby z niego mąż.

Utkany sprośnymi nitkami, błyszczał gruby koc olśniewająco. Padał na niego szeroki cień kapelusza pańskiego. Miło tak płynął im czas. Cień zaszedł w gościnę, niezadowoloną miał minę. Taka pani na brzegu, zerkała nieuczciwie raz na ogrodnika, raz na płetwala grzesznika. 

A za nią stał ten dom z kolumnami i cień. 

Długo jeszcze nie pęknie, twarda to sztuka zatrważająca. Za każde westchnienie łupała w łeb kamieniem bez ostrzeżenia. Nie wolno było na klifie przysiadać, dobrze było trzeba sytuację przebadać. 

Zła taka pani w wielkim kapeluszu o wdzięcznej nazwie gość, siedziała na brzegu klifu, sprawiała, że miło nam płynął prąd. Łódka drewniana rozbijała szampana, patrząc na panią gubiła pana.

Długo jeszcze nie pęknie, twarda to sztuka zabijająca. Za każde westchnienie zatoczył trzy kółka hop hop, w zatoczkę się wtoczył, nie wolno mu było na klifie przysiadać, zabity doszczętnie, pociągnął za koniec lewego sznurka, łup łup, a przecież ostrzeżenie lądowe miał nieść...


środa, 7 marca 2012

Zielone owieczki

W nocy z 5 marca na 6 jak zwykle zachodził proces zasypiania. Jak zwykle był to proces próbny, i jak zwykle zgubny. Niejednemu matka mówiła: licz owieczki. Niejeden sposób wypróbował. Może Senek ma słabość do owieczek? 
Oprócz owieczek potrzebna jest łąka. Łąka i płotek, a obok płotka duży kamień. W tle wysokie drzewa. Górskie powietrze. Kozica tam het daleko, odstrasza uciążliwe próby nadejścia halnego. Za płotkiem też lasek. I stado owieczek po drugiej stronie. Ustawiły się wedle wzrostu, długości skołtunionego na pozór futra. Czekają. 
Biegnie. 
Biegnie. 
Skacze. 
Hop, jedną już mamy. Całe stadko bije brawa. Oj bije głośno niesłychanie! Mech się budzi zniecierpliwiony. I cisza, i mały wiaterek wieje, i szumią nieco drzewa. 
Czekają. 
Biegnie. 
Kolejna biegnie. 
I dynda jej złoty dzwoneczek. 
Skacze. 
Hop, druga już pieśni zwycięskie śpiewa. A stadko bije brawo w ten sam sposób. Uśmiechają się mordki promiennie. 
Czekają. 
Czekają. 
Widzą tam z drugiej strony, że wygląda jakaś owieczka zza drzewa. Tam płocho wygląda, jakby się bała tej publiczności. 
Czekają.
Biegnie. 
Podnosi się poziom adrenaliny. 
Skacze.
I hop! I trzecia w kolekcji! 
A Senek tak patrzy, tam hen za kozicą, po drugiej stronie planety owczej i niedowierza. 
Skąd u nas tych pre-snów takie podłości?  

poniedziałek, 20 lutego 2012

Układki z życia cz. I

"?" pomyślał.
"!" przemilczał.
"." dodał skrycie w duchu.
"..." obydwoje stwierdzili, że już brakuje sensu na dalsze podboje.


piątek, 17 lutego 2012

Rafał

Rafał jest jednym z wielu dzieci internetu, za to jest pierwszym dzieckiem - intercity. Stworzony międzymiastowo, międzypokoleniowo. Mając 30 lat, nie odpowiadając na pytania o istnieniu jakiejkolwiek przypisanej mu żony/kochanki, odpowie na każde pytanie o szczęście, o trud, o techniki seksualne. Przygotowany na każdą ewentualną okoliczność, ma nawet termos z kawą i dobre wymówki kończące grzecznościowo rozmówki. Ma białe zęby i jest wysoki. Dodano mu w gratisie błysk w oku. Uwaga! Można się od Rafała uzależnić... jak od wszystkiego co chłonne i mądre w internecie. Na dzisiejsze pytanie co zrobić z tym dniem i dlaczego mamy robić cokolwiek, odpowiada:


Rafał: Podróż bez celu także jest podróżą. Nie zawsze warto pytać "dlaczego".

Od dzisiaj kiedy tylko się zgubicie, zapłaczecie, odczujecie potrzebę zmiany, pamiętajcie: 
ZAPYTAJCIE RAFAŁA. 

Zmiany w przemianach


Kot śpi, w końcu to jego dzień. Śnieg dalej prószy, mimo że nikt mu nie dawał przyzwolenia. Serwisy miejskie huczą piątkowymi planami. Imprezy specjalne, długo planowane, koncerty, wystawy, na co wybrać się w weekend do kina? A gospodarz odśnieża podwórko już trzecią godzinę. Naiwnie próbuje zmienić stan rzeczy naturalnej. W przychodniach, aptekach dzikie tłumy starają się dokonać pewnych zmian w organizmie. Niektórzy oczekują zmian na lepsze jutro, inni też szukają dziury w całym. I jedni i drudzy potrzebują sporej dawki uwagi. A kot śpi na parapecie, nie trzeba mu nawet doszczelniać okna, przez które od czasu do czasu wpadnie zagubiony płatek śniegu. Czy on potrzebuje jakiejkolwiek zmiany? 
Wszyscy dietetyczni wskakują dziś na wagę, piątek to dla nich dzień trudnych efektów. Wszyscy zmęczeni piją już drugą poranną kawę. Inni kończą tydzień z myślą o przyszłotygodniowej poprawie. Weekendy przepełnione są wielkimi planami porządkująco-uspokajającymi. A niektórzy trenują życie, chodzą przepici i myślą po cichu: wdech, wydech, wdech, wydech, to nie takie trudne, dasz radę. Oddychaj. Głęboko. Dasz radę. Wdech, wydech. To takie proste. Gdzie tu miejsce na zmiany?

Kot jutro będzie spał w tym samym miejscu. Może jedynie śnieg sobie odpuści...

poniedziałek, 13 lutego 2012

Skrzypek ma smyczek

Patrząc na to wszystko z boku możemy odnieść wrażenie, że to nie my w tej bajce wiedziemy skrzypce, nie my we własnej postaci, a pod postacią wina czy rzadziej chleba, a i to może nas zastanawiać. Nie nam przyszło zostać królewną, ani rycerzem. To nie o nas ta bajka, powiedzmy sobie szczerze. Tam, za górami, za lasami, gdzie rzeczki płyną, otulając srebrzyste kamienie, tam żyją żyjątka niesamowite, których potencjał wyrywają książkowe opisy. Tam, za wschodnią granicą, jeszcze trochę na północ, tam zagra muzyka, przechodnie usłyszą smyczek. Nie tego chciał nasz wyimaginowany świat wolności i bajkowych prawd. Nie po to mówimy prawdę i zachowujemy się swobodnie, by rujnować książęcy dwór. Robiąc wszystko, do czego skłania nas ten nasz wewnętrzny świat i tak nie dopadniemy zręcznych palców skrzypka. Nawet wtedy, gdy tak bardzo będziemy wierzyli w siebie. Dlatego lepiej już tak okrutnie nie szeptać, lepiej już przemilczeć, lepiej zamknąć okno. Niech przechodnie pozdrowią smyczki... a my i tak, książęta, królewny, rycerze, będziemy sobie w te bajki wierzyć. 

niedziela, 12 lutego 2012

out

Przeszły granice przez ulice. 
Odprowadziły kropka pod kamienicę. 
Same zeszły w czas przeszły. 
Teraz u kropka zaczyna się 
czas odradzania bez odgradzania. 
Pamiętne granice pozostały tam, 
gdzie są najstarsze winnice.

wtorek, 7 lutego 2012

Częstochowa

Czarny tydzień albo dwa. Kilka godzin, kilka minut, zmieniamy cały świat. Pomagamy nie tym, co trzeba, przygarniamy z ulicy nie tego kota. A tacy jesteśmy przecież mądrzy, wykształceni, myślący. Tacy przewidujący i logicznie łączący fakty. Łączymy fakty, to fakt, ale nie jesteśmy w stanie połączyć losów dwóch,  nie wygra przez to Kropek na loterii, nie pociągnie za najdłuższą słomkę. Za słaby jest, żeby wyciągnąć najdłuższą, zbyt miałki, zbyt logicznie myślący. A to zwyczajne szczęście przydałoby się, by żyć. Kawał zwykłej, dobrej szynki. Trochę mleka. Kilka jaj od zielononóżek. I sąsiad, który pożyczy czasem trochę cukru, a może, przy dobrej porze, trochę nadzienia z ciasteczkowego świata wizji dziecięcych, smutnym błyskom precz. Innym miejscom też. 

niedziela, 29 stycznia 2012

Nigdy więcej

Karne jeżyki świata tylko czekają na kolejnych skarconych, czekają cierpliwie na tę szafkę, co jej wręcz utrącili nogę, na tę półkę, której ostrogi przywiane chłodem poszły w niepamięć narodu, a taka była ideologiczna w swej postawie... Martwa cisza, martwe głosy. Ukojone nerwy, w krwiobiegu jakieś 60 mg, może nieco więcej, resztki alkoholu, w płucach szkodliwy dym. Nie daliśmy rady. Nie pomogło nam na to schorzenie nic. Nie pomoże nigdy więcej. Teraz tylko karny jeżyk świata będzie ratunkiem przed samo destrukcją myśli złych. Ukoić nerwy, zasypać doły, stworzyć okopy, będzie wojna, będą walczyć emocje złe i dobre. Zarobią na tym dużo więcej, niżby miały razem współgrać i tworzyć coś na wzór was, na wzór półki, szafki, kompletu mebli salonowych. A choinka jeszcze stoi w kącie, niepokalane poczęcie natur matki i ojca. Więcej jej już nie będzie. więcej nas już nie będzie. Nie patrz więc na mnie takim wzrokiem. Nie damy się ponieść tym urokiem.

wtorek, 3 stycznia 2012

Dark Queen Paradise


Była mroźna noc, jedna z tych, które zapowiadają rychłe nadejście zimy. Śniegu jeszcze nikt nie widział, ani nie czuł, a jednak… Zmrożony chodnik inaczej reaguje na obecność obcasów. Donośne dźwięki rytmu na dwa, z rzadkimi poślizgami niezbyt zdrowo trzymających się zelówek, przeszkadzały w zimowym śnie najmniej wrażliwych, śmietnikowych kotów. Co rusz odpalano silniki w zmarzniętych samochodach, czekano chwilę, aż niezawodne instalacje gazowe dadzą znak do włączenia się do niezbyt wzmożonego ruchu o środkowo nocnej porze. Co druga postać stawała na środku ulicy, znacząc bezpretensjonalnie miejsce swojego postoju. Pluli, okrutnie odchrząkując poranne śniadania. Jakby stawiali kropki nad i, i tutaj też byłem, i tutaj stałem, i ja, i on. Chichoty damskich stworzeń zagłuszały często męskie odgłosy bitewne. W zależności od rozwoju sytuacji danej nocy, pewne takty brały górę. Śmietnikowe koty wolały bitewne, krótkie, zdyszane ochy i achy, niż damskie, przeciągane, sztuczne chichrania, podpierane męskimi a może? Co jakiś czas koci sen zaburzany był niebieskimi światłami od, tym razem rozgrzanych, szybkich samochodów, z których wysiadali zwykle panowie w dosyć ciężkich butach. Z ich kieszeni często wydobywał się metalowy brzdęk. Kotom złe rzeczy zwiastowały metalowe brzdęki. Śmietnikowe koty nie kojarzyły ich z brzękiem wypełnionych misek w przeciwieństwie do kotów domowych. Ulica wiecznego ruchu, okruchów nocnej zabawy ludzkich osobników, była najgorszym miejscem do zamieszkania dla takich wystraszonych kajdankami kotów, a jednak…
            Wielki, szary hangar, jakaś halowa pozostałość po wielkich fabrykach, została mianowana dziuplą najbardziej frywolnej zabawy. Nazwana hawajskimi dobrobytami, skrywała najczarniejsze strony aspektu życia ludzkiego – zabawy, Homo ludens, podobno. Niejeden liczyć nie umie, niejednemu poczucia rytmu brak, lecz to nikomu nie przeszkadza, gdy tłum, niczym woda, wylewająca się z brzegów rzek, pokrywa podstawową warstwę parkieto-betonu, kolejną, nieco wyższą, sięgająca do dwóch metrów szaro-kolorową mazią ludzkich ciał. I faluje ów druga warstwa, ocierając szorstkie owłosione ciała, o delikatne, miękkie i ciepłe, ciała przyciągające siłą nieziemską, produkujące ponad normę ilość feromonów. Głowy, które przelotnie można było dostrzec, odczepiały się jakoby od własnego tułowia, przyszywały się nietrwałymi nićmi do innych osobników, tworzyły swoiste X i Y, w zależności od interakcji z wybraną ofiarą. Co chwilę jakaś dłoń pojawiała się ponad tym wszystkim, boska dłoń karcąca niegrzeczne dzieci. Gdzieś z boku, nie wiadomo do końca którego, stała klatka, zrobiona z metalowych, wielkich prętów, do której każdy miał szansę wejść. Małe powierzchnie do „dylania” typu współczesnego, były idealnie wymierzone w tanecznej klatce. Tam z tyłu były wrota ciemności, pokoje o nie do końca znanym dla poprawnych osobników przeznaczeniu, dla mniej poprawnych były pokojami zbawienia. Czerwone długie siedziska zwiastowały dalekie zakończenie taktu zabawy. Nie wszystkim były dane takie siedzące możliwości. I w pewnym momencie na środku tego wszystkiego, zza czerwonych kotar rozpusty, pojawia się ona – czarna królowa.
Mierząc męsko-damskim wzrokiem całe towarzystwo, wybiera kolejne przypadki podatne na ugodzenia seksualne. Ty na lewy boczek, ty na prawą pięść. Czarna królowa otulona cekinowym fragmentem materiału dociętego w formie mini do nie do końca kobiecych bioder. Zabrakło też piersi, jędrnych, skowyrnych, piersi mleko dających. Pojawił się za to barczysty bark i mocna ręka, wypracowana. Głos sztuczny, umilający ten czas, nie do końca był w stanie zgrać się z ruchem pani nad paniami. Ale cóż, wszyscy wierzyli w ten akt, akt piosenkarskiej zabawy.
W wielkich, szarych hangarach nie tylko cnotę można łatwo skraść. Z tożsamością w tej kwestii również nikt nigdy nie miał wielkich problemów. To ja. Istota ludzka ponadziemska, ponadprzeciętna, istota kochająca pomidory. To on. Istna forma człekokształtna o minorowym brzmieniu, o ustawicznie błahych powodach śmiechu. To oni. Formy różne. Często okrutne. Jak by się im bliżej przyjrzeć – dosyć paskudne. To my. O różnych wielkościach stóp, o różnych spustach alkoholowych, lecz wszyscy pogrążeni w bajce o czarnej królowej. Jedno marzenie mieć – być królową wielkiej dyskoteki.
Nie każdemu jednak wolno przyznać się, że w takiej bajce uczestniczył. Morału ostatnio nigdzie nie doszuka się żaden kot, więc wszystkie sytuacje życiowe możemy nazwać bajką. Ów wielki hangar przy ruchliwej nocą ulicy, w dzień, był niczym schron dla śmietnikowych kotów, które jedynie mogły się domyślać, co takiego skrywa tajemnica ich dziennego domu.  Nocą niepotrzebny był taki dom, bo noc to czas na polowanie. Biegają koty w poszukiwaniu mniejszych myszek, biegają myszy w akcie ucieczki przed kotami. Dreptają nóżki, słychać niemrawy stukot kocich pazurów, podobnie słychać mysi szmer. I ta gonitwa kota za myszką, myszki przed kotem na pewnej powierzchni zagęszcza się aż tak, ze tylko ciemność dostrzec można, chyba że na pierwszy plan wysunie się czarna królowa, jedna z największych dam. Przecież kiedyś musi wydostać się z oszalałego z radości hangaru. Musi zamknąć za sobą bramy przygód i niewinności natury panów i pań. I wychodzi zakryta, zakapturzona niczym kostucha przy stopach leżącego w łożu. I mknie ulicą, tą samą ulicą, co wszyscy stukający obcasami i pazurami, lecz teraz jakby ruchu brak. Istnieje pustka. Pusta próżnia rozbrajająca wszelkie możliwości i próżni, i pustki. I latarnia mruga na znak, że droga wolna, nie niebieska, nie krzycząca, wolna od tak. Dla czarnej królowej granatowy dywan pościelił czas. Tylko czemu królowa ukrywa się aż tak? Dlaczego nie wyjdzie z tłumem, wiwatującym ze szczęścia? Dlaczego im nie dać tych chwil radości? Nie pozwolić się cieszyć własnym szczęściem??
A jednak … to jest właśnie Czarna Królowa.