Nieoznakowane ronda okolicznościowe, budowane latami, planowane godzinami, świecą pustkami miasta. Nikt, jak nigdy, nie chce po nich jeździć. Nie ma takiej opcji, żeby ktokolwiek chciał przez nie przejechać. Wszyscy utknęli kilkaset metrów od nich na czerwonym świetle. I tak stoją i patrzą, że tam przed nimi nic się nie dzieje, nawet zbłądzonej duszy nie są w stanie dojrzeć, a chcieliby... byłoby im łatwiej gniewać się na przechodnia niż na złe powietrze. Winny musi być. Może być nawet nawierzchnia. Albo elektryczność i pieprzeni elektrycy nieprzewidujący naporu i gniewu miastowych. A może dziura? Jedna wielka, tarasująca przestrzeń dookolną ronda? Nie, dziur jest zbyt wiele, by ta jedna mogła stać się wyjątkową przyczyną zastoju.
Nic się nie dzieje. I z tej złości już wszyscy zapomnieli, że chcieliby przejechać przez to niczemu winne rondo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz