Na południowym tarasie stało stare łóżko napoleońskich czasów. Nad łóżkiem niebo niewidoczne przez prażące w oczy słońce, a nawet gdyby słońce nie prażyło… nikt by na to niebo nie spoglądał, a więc fakt istnienia prażącego słońca był w tym momencie zbyteczny. Na wschód od tarasu o jedno piętro niżej rozłożono dywan cmentarny, ozdobiony kamiennymi krzyżami rozłożonymi wedle zasad ogrodów angielskich, przyozdobiony sztucznymi kwiatami, światłami gasnących zniczy i wielkanocnymi zającami. A na zachodzie natomiast bez zmian. Piał kogut sąsiadów, poruszający do lotu hodowlane gołębie. Kogut hodowany dla dobra jajecznych stosunków sąsiedzkich, na którego życie czyhały wygłodniałe koty z okolicy.
Łóżko stało dwuosobowe, a zalegała w nim jedna osoba, mała kobietka Kirsten Lowe. Przy łóżku nie siedział mąż, ani matka, ani babka. Tylko ona, ze związanymi w kucyk włosami, podpiętymi trzema wsuwkami, spała tak już dwunastą godzinę, po uprzednim przespaniu szesnastu i pół. Śniła zapewne o wielkich projektach, czciła myślami przyjaciół i męża, lecz jej pamięć o bliskich znikała jak ów piękne sny, z pierwszą sekundą przebudzenia. Wstawała jedynie, by pić bezalkoholowe napoje, typu woda czy malinowy sok. Było jej dobrze na południowym tarasie. Prawie tak dobrze jak w zakończeniu bajki o psie, który myślał, że posiada nadprzyrodzone moce, a gdy się okazało, że jednak nie, to myślał, że jego właścicielka już go nie kocha, a przekonał się, że wcale nie, że kocha go za to, że po prostu jest. Radości z odnalezienia wzajemnej drogi, oczyszczenia się z kłamliwych prawd, tego doświadczała Kirsten Lowe z kolejnym przewróceniem się na lewy bok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz