Mali ludzie biegają na "woleńskich" placach zabaw, gdzie ojcowie, mateczki i dziatki popijając poranne napoje prawie bezalkoholowe, wspólnie toczą ciężkie rozmowy, debaty o podatkach, akcjach, a czasem o pracy. Ci mali ludzie, biorąc z nich przykład, popijają kofeinowe stwory niszczące szkliwo ich jedynej, realnej i pewnej ówcześnie wartości, czyli zębów. Oprócz tego targują się papierkami, będąc jednocześnie małą giełdą warszawską. Kłócą się, kto ma bielszy kołnierzyk i tworzą realne kolejki do koników, bądź do pudełka z piaskiem, które niejeden kot jest w stanie pomylić z kuwetą. I tak wygląda warszawskie przedpołudnie w dzielnicy Woli, gdzie ochota, by coś zmienić, rzadko kiedy dociera. A centrum udaje, że w biegu - leci w tę i z powrotem, w zadyszce, w pocie, duchocie, tłocząc coraz to gorsze szkodliwości. A w starych budynkach akademickich właśnie wylano łzy szczerości, smutku i pragnienia bliskości, przez bardzo cenne wspomnienia.
"Twórcą jest ten, kto coś po sobie zostawia. Zostawił. Dziękuję." Niejeden pogrzeb miał dzisiaj miejsce, niejeden człowiek umarł 4 kwietnia, a my akurat 16 lipca wspomnieliśmy tego jednego. Podarowaliśmy pióro mistrza, nie mogliśmy dać osobiście, daliśmy więc dla niej - matki, żony, kochanki. I łza się pojawiła, bo emocji nie brakowało, choć wiadomą było, że to tylko dla formalności... A szkoda. Obeszło się bez czytania. Bez dwóch zdań o jego miłości. Napisał, umarł, nagrodę dostał. Teraz przeczytamy i nie jeden z nas pokocha go na nowo. Tylko szkoda nam tej pani, która akurat dziś musiała doznać tylu emocji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz