Słowo rozumiane na nowo, to dalej to samo słowo, ale wniosek już inny.
Człowiek zrozumiany, to całkiem nowy człowiek,
człowiek szczęśliwy - dla odmiany.

czwartek, 1 lipca 2010

Britta B. w czasie śniadania

Diabelski młyn kręcił niebiańskie koła. Jola machała do Krzyśka, który wymijając się od jej towarzystwa, skłamał o lęku wysokości dręczącym go uciążliwie od dzieciństwa. Elektryczne łódki kołysały się w rytm bajkowej muzyki, wożąc grubych panów i blond piękności z XXI wieku. Samochodziki z antenkami, sterowane jak zwykłe maszyny, gapiły się na nią uciążliwie. Prosząc o wybawienie od kolejnego uderzenia, uderzenia nader bolesnego. Był też składzik z karabinami i mniejszą bronią. Baloniki napompowane wodą, czekające na odratowanie poprzez zestrzelenie. Miała wrażenie, że tylko wyczekują miłego momentu zakończenia lateksowego żywota. Myślała, że to składzik, bo nikt nie podszedł, nikt nie bawił się wojennymi zabawkami. A przy torze karvingowym stało tak wielu gapiów. Kibicowali głośno, mimo że od początku wyjazdu, widać było kto wygra te wojaże, nie przeszkadzało im nawet błoto ochlapujące ich rozochocone twarze. Dzieci przy tym całym zamieszaniu wolały się upaprać lodami kulkowanymi i cukrową watą koloru różowego lub gumisiowego. Rodzicom szczęśliwym do głowy to nie przyszło, że dzieciom to wcale nie służy, wręcz przeszkadza skupić się na ich pojedynczych, porządnych zabawkach domowych. Dzieci tego czasu są wręcz rozrywane, by podołać wszystkim zabawom. Czasami można było odnieść wrażenie, że te wszystkie atrakcje to dla rodziców, nie dla dzieciaków - zmęczonych, zapłakanych, tupiących spuchniętymi od chodzenia nóżkami. Rodzice, bowiem, przechadzali się z towarzystwem nadzwyczaj ukontentowani, z prawdziwymi uśmiechami na ich ponurych zazwyczaj twarzach. Na końcu tego wielkiego zamieszania stał zamek zrobiony z kartonu. Zamek był ogromny, straszył wszystkich przechodniów. Dzieci się nie bały, dzieci już nie takie rzeczy w życiu widziały. Gorzej z rodzicami, którzy nawet jak oglądają w domowych zaciszach „Piątek 13-tego” to boją się trochę bardziej od przeciętnego dziecięcego widza, krwawo walczącego na polach bitwy z żołnierzami o nieludzkich często twarzach. Zamek Strachów, bo tak się prawidłowo to miejsce nazywało, miał to do siebie, że dozwolony był właśnie od lat szesnastu, co oznacza jednocześnie, że dzieciom wstępu wzbroniono. Jakby wiedziano, że one akurat najmniej dadzą się nabrać. Jednak to dzieci nie zadowalało – jak to zabronione? Jak to od lat szesnastu? Przecież to wesołe miasteczko dla dzieci właśnie. Bunt trwał od rana. Płacz, tupanie nóżkami, które potem tak bolały, zaciskanie piąstek i czerwienienie znudzonych policzków towarzyszyło temu miejscu nieustannie. Co drugi rodzic próbował przekupić strażnika, aby ich dziecku nie zabraniano, przecież pan strażnik sam widzi, że to już całkiem dorosły chłopiec/dorosła dziewczynka. Ten jednak stał nieugięcie niczym żołnierze brytyjscy ozdabiający królową. Z pewnością to wesołe miejsce stworzone zostało dla cierpliwych ludzi. Dla takich jak Britta B. w tej chwili.
            Otworzyła oczy. Spojrzała ku górze, uspokoiła się. Plamka jest na swoim miejscu, nie zgubiła się w ferworze wesołego miasteczka. Gdzieś z boku dochodzą do niej dźwięki tłuczonego szkła. Szkło powoli spada na posadzkę, dając ten klasyczny dźwięk szkła uderzającego o ceramiczną kafelkę. Powoli rozbryzgują się szczątki, małe kawałeczki stłuczonej przed chwilką materii, rozbryzgują się w każdą stronę z lekkim poślizgiem, ze świstem uciekającym od środka miejsca upadku ku kanapie, na której Britta B. nadal siedziała wtulona. Wtulona i wpatrzona w plamkę na suficie, niedoskonałość sztuki malarskiej owego młodego malarza odświeżającego jej stare mieszkanie. W wesołym miasteczku było strasznie, nadal jej myśli poganiają obrazki stworzone przez senną zmorę. Przez spokój emocjonalny podąża Britty B. dusza. Podąża, jednak co najmniejszy zakręt się gubi i woli wracać do swojej plamki, do plamki będącej jej schronem, przyjacielem i katuszą. Ma nadzieję, że to kot. Ale to nie był kot, to mamusia. Przygotowując jej piąty zestaw śniadaniowy, którego i tak nie zje, upuściła szklankę, która była kiedyś pojemnikiem Nutelli, a teraz była zwykłą szklanką, choć wszyscy twierdzili, że była jej ulubioną.
            Tylko ta plamka ma teraz sens. Tylko ona. Już nic więcej jej nie bawi. Wchodząc rano do kuchni, jeśli już wstanie, szuka jej nieustannie. A gdy ją znajduje zawsze ma wrażenie, że była w innym miejscu, w innym stanie. To jest jej słodka tajemnica. Ona i plamka w tym dużym mieszkaniu, zamiast pracy i jakichś dochodów. Lecz to jej nie przeszkadza zupełnie. Jeśli miałaby wybrać pomiędzy nakarmieniem kota, a pogłaskaniem plamki, pogłaskałaby plamkę, choć kotem nie przywykła była gardzić. Teraz… teraz to i kot nie ma znaczenia.
            Żona swojego męża. Córka swojej matki. Właścicielka swojego kota. Kochanka swojego kochanka. Cały świat należy do niej. Łącznie z tymi firankami zakupionymi w drogim butiku, wyglądającymi na przyszłoroczny trend Ikei. Wtulona w tą puszystą kanapę, owinięta włochatym kocem, wysłuchuje serenad dochodzących z kuchni, których nawet bite szkło nie było w stanie zagłuszyć. Britta ma dość ich marudzenia. Wolałaby zostać z plamką, więc mówi światu do widzenia. Tak jej się wydaje, bo nie jest w stanie odebrać sobie tego, co inni nazywają jej życiem.
            Nie mogłaby zostawić swojego kota. „Tego nie robi się kotu.” tyle zapamiętała ze szkolnej ławy. A Adam? Nie pomyślała o Adamie. Adam jako biblijna postać jest zbyt idealny, by móc o nim myśleć. Wyszedł z raju, by z nią tworzyć coś między piekłem a niebem. Idealny mąż mający reprezentacyjną żonę, ciemny samochód i układną, niewymagającą kochankę. To Adam widziany oczami swej żony. A Adam nie lubiący chodzenia po kuchennym blacie to Adam widziany oczami swojego kota. A prawdziwy Adam jest nawet sobie nieznany. Zagubione dziecko, za szybko zebrany jako dojrzały owoc mizernie utkanej sieci rodziców.

            Nie dadzą sobie z nią rady. Mamusia stanęła w przejściu do salonu. Ujrzała tą wielką kanapę i ją, Brittę w nią wtuloną. Wpatrzona w sufit wyglądała jak kawałek bladego mięsa, drobiu któregoś, powęzia jej stanowił koc, trzymający tę kupę w całości. Mamusia zaraz by coś upuściła, taki jej urok wyniesiony z przeszłości. To roztrzęsiona kobieta była. Wiecznie niezaspokojona, wiecznie nie mogąca utrzymać bezpośredniości kontaktu. Czuła, że to była jej wina. To całe otępienie, ten cały brak radości. Ale Britty przecież nie dotknął całkowity brak możności odczuwania radości, przecież plamka ją cieszyła! Zapomniała tylko mamusi o tym powiedzieć. Zrobiła krok do przodu, taca zadrżała, jej bucik domowy przesunął się o centymetr po nierównym parkiecie. Musiało to być przyjemne doświadczenie dla bucika, jak i dla tacy. Ten wspólny ruch, współodczuwanie, współumieranie. 

Brak komentarzy: