Nie umiałam wzbić się ponad chmury,
nie umiałam. Stały mury.
Chciałam wzlecieć na skrzydłach,
lecz słońce niewinne mnie cofnęło,
a już potem...
potem minęło.
Bo potem to jest wtedy,
kiedy ziści się za chwilę,
a za chwilę wzbiłam się, wzleciałam,
minął moment,
minęła chwila
i potem nadeszło z hukiem.
Skrzydła, wołania nie pomogły,
nic mądrego się nie zdarzyło,
sens ostatnie drogi zgubiły,
było to prostackie
wzlot i wylot,
wypad.
Jak kamień w wodę rzucony
śpi, nie tęskni, nie szlocha,
spoczywa na dnie,
otoczony przeźroczystą cieczą.
Znalazł swój dom... małymi drzwiami dostał się dlań,
teraz śpi,
dzień nie ma nocy,
noc nie ma dnia.
Chciałabym zasnąć i nie wzbijać się nigdzie,
chociażby do jutra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz