Była mroźna noc, jedna z tych, które
zapowiadają rychłe nadejście zimy. Śniegu jeszcze nikt nie widział, ani nie
czuł, a jednak… Zmrożony chodnik inaczej reaguje na obecność obcasów. Donośne
dźwięki rytmu na dwa, z rzadkimi poślizgami niezbyt zdrowo trzymających się
zelówek, przeszkadzały w zimowym śnie najmniej wrażliwych, śmietnikowych kotów.
Co rusz odpalano silniki w zmarzniętych samochodach, czekano chwilę, aż
niezawodne instalacje gazowe dadzą znak do włączenia się do niezbyt wzmożonego
ruchu o środkowo nocnej porze. Co druga postać stawała na środku ulicy, znacząc
bezpretensjonalnie miejsce swojego postoju. Pluli, okrutnie odchrząkując
poranne śniadania. Jakby stawiali kropki nad i, i tutaj też byłem, i tutaj
stałem, i ja, i on. Chichoty damskich stworzeń zagłuszały często męskie odgłosy
bitewne. W zależności od rozwoju sytuacji danej nocy, pewne takty brały górę.
Śmietnikowe koty wolały bitewne, krótkie, zdyszane ochy i achy, niż damskie,
przeciągane, sztuczne chichrania, podpierane męskimi a może? Co jakiś czas koci sen zaburzany był niebieskimi światłami
od, tym razem rozgrzanych, szybkich samochodów, z których wysiadali zwykle
panowie w dosyć ciężkich butach. Z ich kieszeni często wydobywał się metalowy
brzdęk. Kotom złe rzeczy zwiastowały metalowe brzdęki. Śmietnikowe koty nie
kojarzyły ich z brzękiem wypełnionych misek w przeciwieństwie do kotów
domowych. Ulica wiecznego ruchu, okruchów nocnej zabawy ludzkich osobników,
była najgorszym miejscem do zamieszkania dla takich wystraszonych kajdankami
kotów, a jednak…
Wielki,
szary hangar, jakaś halowa pozostałość po wielkich fabrykach, została mianowana
dziuplą najbardziej frywolnej zabawy. Nazwana hawajskimi dobrobytami, skrywała
najczarniejsze strony aspektu życia ludzkiego – zabawy, Homo ludens, podobno. Niejeden liczyć nie umie, niejednemu poczucia
rytmu brak, lecz to nikomu nie przeszkadza, gdy tłum, niczym woda, wylewająca
się z brzegów rzek, pokrywa podstawową warstwę parkieto-betonu, kolejną, nieco
wyższą, sięgająca do dwóch metrów szaro-kolorową mazią ludzkich ciał. I faluje
ów druga warstwa, ocierając szorstkie owłosione ciała, o delikatne, miękkie i
ciepłe, ciała przyciągające siłą nieziemską, produkujące ponad normę ilość
feromonów. Głowy, które przelotnie można było dostrzec, odczepiały się jakoby
od własnego tułowia, przyszywały się nietrwałymi nićmi do innych osobników,
tworzyły swoiste X i Y, w zależności od interakcji z wybraną ofiarą. Co chwilę
jakaś dłoń pojawiała się ponad tym wszystkim, boska dłoń karcąca niegrzeczne
dzieci. Gdzieś z boku, nie wiadomo do końca którego, stała klatka, zrobiona z
metalowych, wielkich prętów, do której każdy miał szansę wejść. Małe
powierzchnie do „dylania” typu współczesnego, były idealnie wymierzone w
tanecznej klatce. Tam z tyłu były wrota ciemności, pokoje o nie do końca znanym
dla poprawnych osobników przeznaczeniu, dla mniej poprawnych były pokojami
zbawienia. Czerwone długie siedziska zwiastowały dalekie zakończenie taktu
zabawy. Nie wszystkim były dane takie siedzące możliwości. I w pewnym momencie
na środku tego wszystkiego, zza czerwonych kotar rozpusty, pojawia się ona –
czarna królowa.
Mierząc męsko-damskim wzrokiem całe
towarzystwo, wybiera kolejne przypadki podatne na ugodzenia seksualne. Ty na
lewy boczek, ty na prawą pięść. Czarna królowa otulona cekinowym fragmentem
materiału dociętego w formie mini do nie do końca kobiecych bioder. Zabrakło
też piersi, jędrnych, skowyrnych, piersi mleko dających. Pojawił się za to
barczysty bark i mocna ręka, wypracowana. Głos sztuczny, umilający ten czas,
nie do końca był w stanie zgrać się z ruchem pani nad paniami. Ale cóż, wszyscy
wierzyli w ten akt, akt piosenkarskiej zabawy.
W wielkich, szarych hangarach nie tylko
cnotę można łatwo skraść. Z tożsamością w tej kwestii również nikt nigdy nie
miał wielkich problemów. To ja. Istota ludzka ponadziemska, ponadprzeciętna,
istota kochająca pomidory. To on. Istna forma człekokształtna o minorowym
brzmieniu, o ustawicznie błahych powodach śmiechu. To oni. Formy różne. Często
okrutne. Jak by się im bliżej przyjrzeć – dosyć paskudne. To my. O różnych
wielkościach stóp, o różnych spustach alkoholowych, lecz wszyscy pogrążeni w
bajce o czarnej królowej. Jedno marzenie mieć – być królową wielkiej dyskoteki.
Nie każdemu jednak wolno przyznać się,
że w takiej bajce uczestniczył. Morału ostatnio nigdzie nie doszuka się żaden
kot, więc wszystkie sytuacje życiowe możemy nazwać bajką. Ów wielki hangar przy
ruchliwej nocą ulicy, w dzień, był niczym schron dla śmietnikowych kotów, które
jedynie mogły się domyślać, co takiego skrywa tajemnica ich dziennego
domu. Nocą niepotrzebny był taki dom, bo
noc to czas na polowanie. Biegają koty w poszukiwaniu mniejszych myszek,
biegają myszy w akcie ucieczki przed kotami. Dreptają nóżki, słychać niemrawy
stukot kocich pazurów, podobnie słychać mysi szmer. I ta gonitwa kota za
myszką, myszki przed kotem na pewnej powierzchni zagęszcza się aż tak, ze tylko
ciemność dostrzec można, chyba że na pierwszy plan wysunie się czarna królowa,
jedna z największych dam. Przecież kiedyś musi wydostać się z oszalałego z
radości hangaru. Musi zamknąć za sobą bramy przygód i niewinności natury panów
i pań. I wychodzi zakryta, zakapturzona niczym kostucha przy stopach leżącego w
łożu. I mknie ulicą, tą samą ulicą, co wszyscy stukający obcasami i pazurami,
lecz teraz jakby ruchu brak. Istnieje pustka. Pusta próżnia rozbrajająca wszelkie
możliwości i próżni, i pustki. I latarnia mruga na znak, że droga wolna, nie
niebieska, nie krzycząca, wolna od tak. Dla czarnej królowej granatowy dywan
pościelił czas. Tylko czemu królowa ukrywa się aż tak? Dlaczego nie wyjdzie z
tłumem, wiwatującym ze szczęścia? Dlaczego im nie dać tych chwil radości? Nie
pozwolić się cieszyć własnym szczęściem??
A jednak … to jest właśnie Czarna
Królowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz