Ona, zapatrzona w głuche i ślepe zawirowania swojego oddechu, stała, o zgrozo!, jak skała, nienaruszona, wielka nieruchomość jak starożytny posąg. Stała w samiutkim środku mrozu, padających białych płatków i raczej w punkcie mało rozwiniętego ruchu ulicznego, wypatrując nieznanego. W tej jednej minucie nie potrzebowała nikogo, ani niczego. Nie potrzebowała mnie, a to boli. Zawsze boli tak odśrodkowo. Niby wszystko jest w porządku, ale poczucie bycia niepotrzebnym, zabija tak właśnie od środka. Więc stałem na przeciwko niej, po drugiej stronie ulicy, przez którą w każdej chwili mogłem przejść, ona także mogła, lecz nie ruszyłem ani jednym palcem w bucie, bo tak naprawdę w tej chwili nie miałoby to żadnego sensu. Ona, otulona poczuciem bezsensu, nie była zdolna do wejścia w reakcję z innym istnieniem. I nieważne czy to byłem ja, czy jej matka, babka, czy też ktokolwiek inny. Tak po prostu, nie była w stanie, nie miała na to ochoty. Trzeba było przeczekać.
Nazajutrz mróz trochę odpuścił, odszedł w niepamięć. Nikogo poprzedniego dnia nie zamroził, więc wróci z pewnością po swoje ofiary. A teraz powinnismy się cieszyć. Siedziała przed kaflowym piecem w rodzinnym saloniku, pozostawiona sama w domu, dokładała sporych kawałków drewna, by rozpalać niemiłosiernie dudniący już ogień, pomiędzy jednym rozdziałem a drugim. I tak spędzała chwile przed moim przyjściem i wtargnięciem w jej popołudniowy czas. Na dźwięk dzwonka podbiegła radośnie, zaskrzeczała swoim piskliwym głosikiem "no wreszcie". Podbiegła do drzwi, rzuciła się na mnie, zmarzniętego, nieco obolałego od ciężkiej podróży przez prawie całe miasto, i rozdawała ucieszone pocałunki. Dla takich chwil warto marznąć po drugiej stronie ulicy, patrząc w jej bezlitosne spojrzenia. Pobiegła do kuchni, by zrobić herbatę, przynieść upieczone niedawno ciasteczka, a ja w tym czasie głaskałem leniwego kota, śpiącego na jej książkach, który po krótkiej uciesze z głaskania umknął czym prędzej zdegustowany moją obecnością.
Rozczochrana jak zwykle, lubiła snuć swoje skomplikowane historie. Przejmowała się całym światem, każdym pojedynczym istnieniem, dla każdego człowieka była tak samo litościwa i złośliwa. To wszystko z głupoty, twierdziła. Poznawała, analizowała, dopisywała, opisywała i przepisywała dla przyjemności, dla zrozumienia. Dla dopisania do początku i rozwinięcia koniecznego końca. Nie nadawała się na pracownika socjalnego, marna by z niej była Irena. Przy tej całej swojej określoności nie miała swojego miejsca na ziemii. Nie wiedziała. Codziennie, a nawet co kilka godzin wszystko mogło się zmienić.
Opierała swoją główkę o moje ciało, leżąc na kocu pod piecem, otoczona przyjacielskimi książkami, które były jej radością, z których wypisywała niecałkiem potrzebne i często niecałkiem trafne cytaty, najczęściej sprzeczne. Bawiła się językiem. Bawiła się tak całymi dniami. Jej logiczne myślenie zabijało każde błędne tchnienie. Była złośliwa, wykańczająca, maniakalno-depresyjna. A ja i tak uwielbiałem te jej zabawy, te jej szczyty nie do zdobycia. Tą jej oziębłość przeplataną z momentami urazy do całego świata i niewytłumaczalnym bólem istnienia. Krzywdziła wszystkich dookoła. Wystarczyło jedno spojrzenie, nie tyle nietaktowne, ile szczere, by zniszczyć słabą jednostkę, by wyrwać serce i wsadzić w to miejsce kamienie.
A ja kochałem ją tak szalenie! Tak bezgranicznie, nielogicznie i namiętnie. Ja, ustrzelony strzałą Erosa, bez pamięci, bezkrytycznie, kochałem tę bestię, dla której każda kolejna wiosna była bardziej bolesna, w której oczach świat umierał i wołał o pomstę do nieba.
A ona, którejś z tych wiosen, tańczyła nad stawem w miejscowym parku, ganiała kaczki rozbawiona ich instynktami samozachowawczymi. Karmiła je, a one odwdzięczały się wspólną zabawą. Dzieci zapatrzone w tę scenę zazdrościły jej skrycie tej nici połączenia z dzikimi ptakami. Jedna z kaczek, wybitnie odważna, bądź po prostu romantycznego usposobienia podeszła do niej na centymetr. Podsunęła swój szarawy łepek, oczekując pieszczot od jej malutkich rączek i chudych paluszków. Ona, wcale niezdumiona, jakby takie sytuacje spotykały ją na co dzień, pogłaskała kaczuszkę, mówiąc, że jest jej ulubioną królową. Nie prosiła o nic, nie chciała by złota kaczka spełniła jej życzenia. Popatrzyła w jej pomarańczowe ślipia, zostawiła resztkę chleba i odeszła, zostawiając pole do popisu wpatrzonym w kaczki dzieciom. Lecz gdy tylko dzieci podbiegły, płoche zwierzęta skryły się w zaroślach. A ona skryła się szczęśliwa w moich ramionach.
Pracowałem w małym, mizernym kinie, do którego od święta przychodziły zabłąkane pary, bądź znudzeni dorośli i jeden starszy człowiek, który nie przepuścił żadnego nowego seansu. Człowiek-kino wysiadywał swój fotel, przynosił ze sobą małą poduszkę, która miała koić jego starcze, zwiotczałe kości. Umościł sobie gniazdko w naszym małym, niemym kinie. Na ekranie Rudolf Valentino zachowywał styl, objawiał męski blask uśmiechu. A on, starzec bez żadnego sukcesu, patrzył na kolejne obrazki i tęsknił za męskim światem babskich błahostek. To był jedyny człowiek, którego żałowała z litością. Chciała oddać mu swoich kilka młodych lat, by mógł jeszcze nacieszyć się wcieleniem Rudolfa. I bolała tym bardziej, bo chęci pozostawały chęciami, nawet nie dało się z nich wykrzesać promyka nadziei.
Jej rodzice byli statecznymi, poważnymi ludźmi. Normalnością opatentowani. Surowy ojciec i czuła matka cierpieli nad zmiennością usposobienia córki. Początkowo wszyscy nazywali tę przypadłość kobiecością, lecz gdy dziecko rosło, dojrzewało, nic owa kobiecość się nie zmieniała. Dalej trwała w swych zmiennościach, nagłych przeskokach, z anielicy w diablicę, z diablicy w anielicę, na poły autystyczna, a z drugiej strony taka wrażliwa, szczęśliwa i wypełniona życiową energią. Ciche konsultacje z mędrcami ich światka, długie dyskusje, wyszukiwanie nazwy dla tego, co spotkało ich jednorodną, zajmowało im każdą wolną chwilę. Patrzyli na spędzającą całe dnie pod kołdrą, schowaną przed całym światem, wystraszoną dziewczynkę, po czym przerzucali wzrok na kobietę-rakietę, zbawiającą świat, rozweselającą najsmutniejszych klaunów rzeczywistości... Cierpieli, ale nie gorzej niż ona sama.
Rzucała się w moich ramionach, gdy próbowałem ją pocieszyć, gdy wmawiałem jej, że ten świat nie jest zły. Nie była agresywna, a rozżalona. Przepełniona negatywnymi myślami, łączyła synapsy w taki sposób, by zawsze wyszła ujemna myśl z owego połączenia. A gdy spokojnie oddychała, równomiernie, podczas jednego z naszych długich pocałunków, była najszczęśliwszą gwiazdą na nieboskłonie. Cieszyły ją przeogromnie te nasze banały miłosnej rzeczywistości.
Jej kot był taki sam jak ona. Jego oczy były przygnębione, a ruchy takie oswojone z kocią codziennością. Albo na odwrót, oczy takie oswojone, z wewnętrznymi kurwikami szczęśliwości, a ruchy małokaloryczne. Rozumieli swoje nastroje, kochali się we dwoje.
A ja, rozbiegany między ukochanym małym, niemem kinem, a jej, tym milszym memu sercu, salonem, tęskniłem za każdą chwilą szczęśliwości, mając nadzieję, że owe fazy depresyjne odejdą w niepamięć i ta cudowna dziewuszka, kobieta mych marzeń doceni w tym świecie moją rolę. Ale nadchodziła kolejna zima, a zimą zawsze bywało tylko gorzej. Wraz z ilością słońca rosły bądź malały pozytywne godziny. Nigdy nie zdarzyło się im napęcznieć. Nigdy nie przelały się ze swoich foremek. Ten jej naprzemienny rytm zabijał nawet gupiki z domowego akwarium.
Rodzice na skraju wyczerpania nerwowego, ja bolejący sercowo i ona w tym momencie w fazie maniakalnej szczęśliwości... z kotem pod pachą, przemierzająca rowerem okoliczne lasy w poszukiwaniu przygód. Kolejne dni stawały się coraz bardziej uprzykrzające. Już jej grzeszne pocałunki nie wystarczały na zbilansowanie zysków i strat. Miłość cierpliwa jest... miłość niekorzystna. Chudłem w oczach, z roztargnienia zacząłem sie spóźniać. Człowiek-kino coraz częściej wyrażał swoją dezaprobatę. Zrywała się taśma podczas moich długich minut zamyślenia. A ja tkwiłem w tej niekorzystnej miłości, kochając ją bezgranicznie. Kochając nasze małe chwile uniesienia. I potajemne schadzki w małym, niemym kinie.
Dla zdrowotności wyjechali nad jezioro bodeńskie, leczyć naprzemienność nastrojów lodowatą wodą szwajcarskiej natury. Pisała raz na tydzień. Nie wróciła po miesiącu, nie wróciła po dwóch. Rozkoszowała się drogim winem, tańczyła jak w szwajcarskim zegarku i pisała coraz rzadziej, coraz mniej namiętnie, nie wzruszały jej snute przeze mnie plany. W centrum zainteresowania pozostawał kot, będący od jej wyjazdu pod moją opieką. W ramach wdzięczności od jej rodziny dostałem szwajcarskiego sera i butelkę przeciętnie dobrego wina. Przysłali to wszystko osobną paczką, nie mającą nic wspólnego z dotykiem opuszek jej córki. W akcie desperacji chciałem już wskoczyć do pociągu, jechać na wagonie w pogoni za miłością mego życia. Z tego wszystkiego dostałem gorączki, neurastenicznej gorączki. Utknąłem w łóżku pod matczyną opieką i snułem historię swojej podróży do Szwajcarii, kończąc opowieść wspólnym powrotem, wspólną przyszłością.
Ona zabijała się świadomie. Zabijała w sobie wszystko co piękne i dobre, zabiła naszą miłość. Zabijała też mnie. Pisząc takie rzeczy o nienawiści, o mojej psychotycznej miłości, bezlitosnej cierpliwości. Stałem się dla niej katem, nie wiedziałem gdzie jest jej kot, czy żyje, uciekł. Z pewnością poszedł szukać swej pani. Gorączka nie mijała. Z każdym kolejnym listem pełnym wyrzutów podnosiła się o jedną dziesiątą do góry.
Jej ojciec wrócił. Ona została tam, tak daleko ode mnie, z matką. Przyszedł po kota i w ten sposób wszyscy się dowiedzieli. Pomógł mojej matce przygotować przyjęcie pożegnalne. Wybrano mi garnitur, jakiego za życia nie widziałem. Piękny, aksamitnie czarny, skrojony na miarę. I czarne, eleganckie buty. Teraz mógłbym z nią tańczyć do rytmu szwajcarskich zegarów. Mógłbym porwać ją do walca, mógłbym w tym stroju głaskać z nią kaczki. Może i ten jej kot mógłby mnie polubić.
Ojciec przeczytał jej ostatnie listy do mnie. Z przerażeniem spojrzał na moją matkę, zrozumiał, że ta cała jej poprawa to tylko pozory. To tylko jedna z jej kolejnych gierek. Gierek okraszonych śmiercią miłości jej życia.
Nad przeznaczoną mi dziurą w ziemii na cmentarnym padole stanęła moja matka, jej ojciec i człowiek-kino z poduszką w rękach. Nie zasypał mej trumny ziemią. Wrzucił mi jedynie poduszkę, żebym się wyspał w spokoju, żeby żadne nastroje nie szarpały moją skromną osobą, zwykłego kinooperatora. A w oddali ujrzałem pomarańczowe ślepia jej kota spacerującego przypadkiem po cmentarnych alejach. Po tygodniu ojciec sprowadził ją z powrotem. Przyniosła mi kwiatki, była w dobrym nastroju. Zmusiłem jej kota do powrotu do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz